Imperius XII
Wydarzenia - Wersja do druku

+- Imperius XII (https://archiwa.chilioi.domenomania.eu/imp12)
+-- Dział: Archiwum (https://archiwa.chilioi.domenomania.eu/imp12/forumdisplay.php?fid=18)
+--- Dział: Ogólne archiwum I12 (https://archiwa.chilioi.domenomania.eu/imp12/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: Wydarzenia (/showthread.php?tid=528)

Strony: 1 2 3


RE: Wydarzenia - Ismerus - 12-Feb-2019

Związek Ephyrii
1205


[Obrazek: 5049f430c855dec69089630aae314572.jpg]


Śmierć strategosa Związku Ephyrii Pylartesa była spokojna - jak i nastroje po niej. Ostatnie lata były czasem nader spokojnym dla Związku - w znacznej mierze dzięki polityce zagranicznej zmarłego strategosa. Pylartes znacząco zbliżył się do sąsiedniej Basilei, zawierając układ Unii Fokkijskiej - tym samym zawiązując sojusz i współpracę handlową z potężnym sąsiadem. Pylartes wydał również za basileosa Belisariosa swoją córkę - Nilę. Przejawem ocieplenia relacji między państwami było również odnowienie instytucji igrzysk panfokkijskich. Nagła śmierć Belisariosa nie zmieniła kierunku dyplomacji Basilei - a jego brat i następca, Konstantinos znany był ze swoich protytanistycznych sympatii, które choć mogą antagonizować vohanistycznych ortodoksów, były pozytywnie przyjmowane przez Ephyrczyków. Konstantinos pojął również za żonę wdowę po swym bracie, niejako potwierdzając tym samym zawarty sojusz. Po raz pierwszy od stuleci wydaje się, że możliwe jest pojednanie między Aetami...

Śmierć Pylartesa pozostawia po sobie stan politycznej próżni - nie namaścił on żadnego następcy, nie posiada również dorównujących mu wpływami i charyzmą krewniaków czy protegowanych, którzy mogliby objąć opróżnione stanowisko. Pozostałe z wpływowych rodzin Ephyrii w ostatnich latach były raczej bierne, nie zabiegając o szerokie poparcie wśród aristoi. Nie objawił się również demagog zdolny poderwać lud i zgromadzić go wokół siebie - przynajmniej na razie. Możliwe, że wywołane to jest faktem, że Pylartes zmarł w wieku raptem czterdziestu pięciu lat, będąc przy tym znanym ze swej fizycznej sprawności - nikt nie spodziewał się więc jego śmierci, a następne wybory zdawały się być kwestią dekad...

Sytuacja ta, w połączeniu z odprężeniem w relacjach z Basileą doprowadziło do dość niespodziewanych wydarzeń - oto decyzją rady aristoi Związku - eklezji odwołany został stan wojenny w którym Ephyria trwała od początku swego istnienia. Wszystko wskazuje na to, że towarzyszyć temu będzie powrót do dawniejszych wzorców demokracji i erozja uprawnień strategosa - który do tej pory pełnił urząd właściwie dożywotnio, mając dyktatorskie uprawnienia, niewiele tym samym różniąc się od innych koronowanych głów. Co bardziej odważni pomrukują nawet o przywróceniu kadencyjności urzędu strategosa, albo wzorem dawniejszych symmachii uczynienia tego urzędu kolektywnym.

Ustrój Ephyrii jest dość specyficzny - stanowi on bowiem połączenie dawniejszych demokracji polis sprzed podbojów Kserksesa Zdobywcy oraz początkowo tymczasowej, a z czasem faktycznie trwałej dyktatury wywołanej wiecznym stanem wojennym i poczuciem zagrożenia ze strony Basilei. Związek składa się z trzech części składowych - miast Dodory i Ephyrii, oraz wyspy Lakonii, która ze względu na geograficzną i społeczną odmienność posiada takie sama prawa jak o wiele bardziej wpływowe miasta Związku. Każda z tych części posiada własne zgromadzenie ludowe, w którym uczestniczyć mogą wszyscy obywatele - choć codziennymi sprawami z reguły zajmują się losowani urzędnicy czy rada obywateli mających czuwać nad wprowadzaniem w życie ustaleń zgromadzenia. Tylko najważniejsi z nich wybierani są w głosowaniu. Poszczególne części składowe Związku wysyłają swoich delegatów do związkowej eklezji, obradującej w stolicy, poprzez którą wybierany jest chociażby strateg. Do tej pory strateg mógł w praktyce ignorować struktury dyplomatyczne, jednak może się to skończyć - o ile następca Pylartesa nie zdoła pewnie chwycić sterów rządów i wymusić posłuszeństwa Eklezji, która na razie sprawuje władzę w Związku. Wybory są również okazją dla sąsiednich państw, aby wmieszać się w politykę Ephyrii i być może doprowadzić do elekcji sprzyjającego im kandydata... Taki to bowiem urok demokracji...

-Śmierć Pylartesa: strategosa Związku Ephyrii,
-Zniesienie stanu wojennego w Ephyrii,
-Przed eklezją wybór nowego strategosa.


RE: Wydarzenia - Emyrh - 14-Feb-2019

Cesarstwo Cao
1204


[Obrazek: the-witcher-3-wild-hunt-burning-village_normal.jpg]

Cesarstwo Cao, słabe, choć roszczące sobie pretensje do dużej części wschodniego Imperiusa państwo, było de facto frakcją buntowników z Ta'in, którym udało się opanować tereny za zachodnimi górami po nieudanej próbie puczu wojskowego. Trójcesarstwo ostało się na bogatym wschodzie - cesarz Cao zaś zadowolić się musiał uboższymi prowincjami zachodnimi. Jego granice nie należały do bezpiecznych - ze wschodu graniczył z wrogim Ta'in, od południa z Nainpurem który zajął część cesarskich ziem, od zachodu zaś z Aeir Dinn traktowanym jako państwo białych barbarzyńców. Zasadniczo oznaczało to, że państwo słabsze od każdego ze swoich sąsiadów z osobna... nie miało żadnego naturalnego sojusznika na granicach.
Nie powinno dziwić, że w 1203 roku Państwo Środka w końcu zdecydowało się na ukrócenie "Rebelii Cao" jak nazywany był ich zachodni sąsiad. Armia Trójcesarstwa wkroczyła nieść administrację, pokój, dobro i wszystko to czego z pewnością brakowało despotycznym rządom Cao. W wyniku niesuboordynacji części wojsk trzeba było do tego dołączyć kapkę grabieży i gwałtów. Obrońcy byli całkowicie zaskoczeni takim rozwojem wypadków - stąd cesarz zdecydował się skrzyknąć wszystkie wojska w swojej stolicy Chengzhou. Wkrótce pod nią podeszły wojska Ta'in.
Gdy z zachodu wkroczyła "niosąc bratnią pomoc" armia Aeir Dinn sytuacja cesarstwa poprawiła się. Oto barbarzyńcy staną w obronie sąsiada, aby tylko Trójcesarstwo nie stało się prawdziwym zagrożeniem! Na to narzekać mogli tylko wieśniacy na drodze przemarszu tej armii: zostawali często bez grosza przy duszy, w spalonej osadzie i ze zgwałconymi żonami, córkami, babkami i prababkami. Wysoka dla nich była cena niezależności.

W końcu pod Chengzhou zebrały się trzy armie. Garnizon liczył raptem 3 pełne kompanie, przeciwko niemu stała armia Ta'in licząca przeszło 5000 ludzi... z zachodu zaś dotarła niemal ośmiotysięczna horda Aeirdinnczyków. Na jej widok obrońcy wznieśli bojowe okrzyki i zaczęli przygotowywać się do wypadu.
Dowódca wojsk wschodu nie namyślał się długo: jego sił były rozciągnięte w oblężeniu - zarządził porzucenie szańców i odwrót. Lekka jazda sprawnie osłoniła piechotę i ostatecznie do starcia nie doszło. Cesarz Cao zarządził jednak pozostawienie bram zamkniętych. Nie pomylił się w swoich przypuszczeniach: "sprzymierzeńcy" bowiem bardzo sprawnie zajęli dopiero co porzucone transzeje... i wysłali posłów do miasta. Nie ma jednak nic za darmo. W ciągu jednego dnia oblężenie Aeirdinnczyków zostało zwinięte, trochę złota zmieniło właściciela, a Han Cao wyruszył by zobaczyć świat... albo przynajmniej dwór zachodniego sąsiada jako zakładnik. Oficjalnie było to "podziękowanie za pomoc w odepchnięciu sił Ta'in" i "gwarancja przyszłych dobrych relacji".

Wśród możnych z zachodu pojawiają się jednak głosy niezadowolenia. Połupili - to prawda. Ale czy godzi się operować takim podstępem i obiecywać pomoc? Do czego jeszcze będzie zdolny ich władca? No, ale złoto jest. Stąd te wątpliwości są raczej odosobnione.

Chengzhou było ocalone! Przynajmniej na razie.
Dwie zachodnie prowincje państwa zostały bowiem złupione także w drodze powrotnej sił Aeir Dinn do ojczyzny. Dwie wschodnie zaś mają sukcesywnie wymienianą administrację - dzięki współpracy armii obecnie większość lokalnej administracji jest lojalna względem Trójcesarstwa. De facto Cesarstwo Cao skurczyło się do obszarów bezpośrednio przyległych do stolicy.
Nastroje w stolicy są minorowe, niekiedy mówi się jawnie o buncie - upodlenie przez barbarzyńców, plądrowanie, okup i zakładnik... wskazuje to na rozkład państwa. Pytanie jaki będzie jego następny ruch. Czy będzie starał się ratować kraj zdobyty przez sławnego przodka? A może porzuci to wszystko i z resztką wiernych wojsk pójdzie na obcy żołd? Może też zda się na łaską cesarzy Ta'in? Przyszłe lata zapewne przyniosą odpowiedzi.

- Kolejny rok bez walnej bitwy w Cao. Wojska Trójcesarstwa wycofują się spod stolicy.
- Aeir Dinn otrzymuje podarki i zakładnika w podzięce za "pomoc".
- Zachodnie Cesarstwo Cao splądrowane.
- Wschodnie Cesarstwo Cao poddaje się administracji Ta'in.
- Chengzhou i okoliczne wsie ostatnimi terenami kontrolowanymi przez dynastię Cao.
- Niezadowolenie wśród możnych Cao z uwagi na nieudolność władcy.
- Freyr Lennastsónn uchodzi za niehonorowego władcę.


RE: Wydarzenia - Ismerus - 14-Feb-2019

Carat Ussury, Despotat Charizmatikos, Królestwo Castiglione
1205


[Obrazek: Tushino.jpg]

Pośród stepów gdzieś na południe od Pogorowa spotkały się dwie karawany. Wiadomo, że takie zdarzenie jest czymś rzadkim wśród bezkresnego pustkowia, dlatego od razu dwie grupy się przemieszały. Kupcy z najróżniejszych stron, których nogi zagnały akurat w to miejsce zaczęli wciskać sobie nawzajem towary, dzieciarnia pobiegła bawić się z nowymi towarzyszami, a kobity jeno tylko zobaczyły kogoś, to zaczęły narzekać na trudy podróży. Zrobił się niezły harmider, także nikt nie zwrócił uwagę na dwóch starych najemników co odeszli na bok.
-Ehhh... jak tam Jun? Kopę lat, ale z każdym naszym zetknięciem, starzejesz się dziadku...
-I tobie lat nie ubywa Michaił. Czasy niespokojne. Może jednak warto pomyśleć o czymś na starość?
-I co ty robić będziesz jak przestaniesz tych skubańców prowadzić? Marchewkę zasiejesz?
-A chociażby, byś wiedział durniu! Wolę zdychać z marchewką w życi, niż z bełtem w bebechach.
-Tak niedobrze w Eregardzie?
-No jak wyjeżdżaliśmy to dopiero co stary batiuszka ducha wyzionął. Ale podróżni mówili, że niby nowego cara mamy, a nawet dwóch!
-No już chyba tylko jednego. W Podbieżach starszy wioski opowiadał, że Kniazia nad sobą mają. Co to się dzieje. Gdzie jedziecie?
-Na południe, jak orzeł leci, aż do brzegu słonej wody w Ewangeliji.
-A to odeślij zawczasu kogo tam masz z Castiglione. Nie wiem o co tym razem poszło, ale Despota się chyba rozsierdził i każe konfiskować wszystko co tylko tamci posiadają. U mnie trzech nadzianych kupców zwinęli, że też nie zażądałem całej sumy z góry...

Źle się dzieje w państwie ussurskim. Jak wielu się spodziewało koronacja Fiodora I nie zakończyła wcale sporu, który toczył kraj. Na nic zdały się rojenia ugodowych bojarów, że krewniacy sobie przebaczą i niegdysiejsi rywale staną razem przeciw obcym. Po prawdzie nie wiadomo czy Wołodar nie doczekał się propozycji od kuzyna, czy taka była, a on odrzucił dłoń na zgodę podaną. W każdym razie Jegorow-Tulajew był w niewesołym położeniu po tym jak zarzucił marsz na stolicę. Wielu jego stronników zaczęło opuszczać szeregi konfederacji, a pochód pozostałych sił pretendenta na wschód, traktowano jako ucieczkę. Chyba i sam Wołodar zaczął wątpić w sens dalszej walki o tron carski. Dlatego też postanowił, zdobyć mniejszą nagrodę lecz pewniejszą. Na szybko zorganizowanej ceremonii w Garnywołosku ogłosił się kniaziem ziem okolicznych i wypowiedział posłuszeństwo Fiodorowi. Akt ten wielu potraktowało jako rezygnację z pretensji co reszty państwa, jednak nie wzbudziło to co ciekawe jakiejś negatywnej reakcji wśród jego stronników. Sytuacja się zmieniła kiedy do miasta powrócił wysłannik Króla Ernesto II, który jeszcze niedawno towarzyszył Wołodarowi. Oto na następny dzień nowy kniaź złożył na ręce dyplomaty hołd z ziem Księstwa Białozierskiego. Krótko trwała niezależność nowego państwa. Akt ten oburzył pewną część pozostałych stronników. W jednej chwili obiecywali wierność przyszłemu carowi wielkiego państwa, w drugiej składali hołd zależnemu księciu. Na całe szczęście dla Wołodara, wyrazy oburzenia nie były szczególnie liczne, dlatego jego namiestnicy wkrótce powrócili do formowania na nowo armii książęcej. Może wielka to siła nie jest, lecz Kniaziostwo Białozierskie nie jest bezbronne wobec nadchodzącej nawałnicy.

Hołd złożony w Garnywołosku jest tylko jednym z licznych traktatów jakie wynegocjowano ostatnio. Dyplomaci są widoczni częściej na traktach niż same wojska. Kto wie kiedy gońcy zostaną zastąpieni przez żołdaków, a starcia prowadzone w zaciszu dworów, przerodzą się w batalie na otwartych polach? W każdym razie na horyzoncie rysuje się wielka koalicja, która może być istotnym zagrożeniem dla panowania Fiodora I.

Oto dyplomaci trzech krajów – Grategonu, Catiglione i Ludu Varganów zawarli sojusz zwany „Paktem Stabilizacyjnym”. Jak to niektórzy podkreślają, niby podpisano tylko sojusz obronny, lecz sama nazwa traktatu jak i ostatnie dołączenie do porozumienia Bahrama V – Anszana mogą świadczyć, że sojusznicy mają swoje plany co do Ussary. Zwłaszcza że Magnus zwany Mądrym już zaczął gromadzić znaczne wojska przy granicach Carstwa, a także ściągnął posiłki z podległej Vela Luki. W tych okolicznościach niedawne najazdy na pograniczne osady, jawią się jako wygodny pretekst do interwencji u sąsiada. Także, pozostali sygnatariusze zbierają wojska, a bardziej rozgarnięci politycy już do „koalicji” dołączają Kniazia Białozierskiego i Księżną Baghdati z uwagi na ich powiązania z Ernesto II. Nie wiadomo wszak tylko na ile sojusznicy zdołali się porozumieć co do przyszłego wyglądu tego kawałka świata. Wszak sojusz łączy różne państwa, o różnych perspektywach, a chwilowo jedynym ich widocznie wspólnym celem jest obalenie Fiodora.

Jakoby w odpowiedzi na zawarcie tego Paktu Stabilizacyjnego doszło niedawno do podpisania tak zwanego Sojuszu z Zatoki, pomiędzy Despotatem i Cesarstwem Varangardu. Większość traktatu została zakryta przed światem, dlatego nie wiadomo czy nowi sojusznicy już doszli do porozumienia z Carem Ussury czy także przeciw niemu wystąpią. Wszak mogą forsować na władcę Carstwa na przykład Igora Borysewicza, który to od lat przebywa na dworze var Graffów. Jednak ostatnie zajścia dyplomatyczne między Castiglione i Despotatem – zakończone śmiercią nieszczęsnego wysłannika Charazimów, nie wróżą szybkiego porozumienia z koalicjantami. Co więcej ostatni Edykt Despoty Justyniana wymierzony w kupców z ziem Północnego Sąsiada (jak określa się w Despotacie, Królestwo Castglione) może tylko zaognić sytuację. Strażnicy skonfiskowali znaczne dobra jak i zatrzymali sporo kupców z północy. Obecnie handel na tych terenach powoli zamiera, a kupcy szykują się co najmniej na wojnę celną.

W tym wszystkim obecnie jedynym wiernym sojusznikiem cara wydaje się Bej Gazireh, który to w przeciwieństwie do Baghdati nie ogłosił niezależności i najwidoczniej jest gotowy dochować swych przysiąg lennych. Lecz po prawdzie Nikołajewowi będzie potrzebnych więcej sprzymierzeńców by utrzymać dziedzictwo. Pokazała to zwłaszcza ostatnia afera związana z odkrytymi listami z Castiglione. Zasiały one ziarno niepokoju i podejrzliwości wśród członków Konfederacji, lecz paradoksalnie mogły przysporzyć Fiodorowi więcej zwolenników, którzy uznali że ojczyzny trzeba bronić przed sprzedawczykami i obcymi. Tymczasem sam car dalej przebywa w Eregardzie, gdzie gromadzi coraz większe oddziały wojsk i szykuje się najwyraźniej do wojny obronnej.

-Powstanie księstwa Białozierskiego, na którego czele stoi Wołodar Iwanowicz Jegorow-Tulajew,
-Księstwo Białozierskie staje się lennem Castiglione,
-Cesarstwo Varangardu i Despotat Charizmatikos zawierają sojusz (tzw. sojusz z zatoki),
-Napięcia pomiędzy Castiglione a Despotatem.


RE: Wydarzenia - Gacek - 15-Feb-2019

Świat
1205

[Obrazek: 80422caccd184c6bade2bca0417f1896.jpg?b=t]

Szlakami Imperiusa wędrują złoto i towary, niczym krew w żyłach - i jak krwi, państwa potrzebują handlu aby móc prosperować i kwitnąć - a władcy zysk z ceł i podatków, aby realizować swe zachcianki i móc toczyć jakże kosztowne wojny. W przeciągu ostatnich lat seria wydarzeń na geopolitycznej szachownicy zaczęła naruszać dotychczasowy układ szlaków i trendów w handlu na Imperiusie.

Od czasu złożenia hołdu przez Vela Lukę, sytuacja w regionie Morza Wewnętrznego może być określona jako pogrążona w stagnacji. Tamtejsze rynki z racji geograficznego odseparowania nigdy nie stanowiły atrakcyjnego kierunku handlowego, jednak wielu kupców najwyraźniej zaniepokojonych agresywnymi działaniami Varangów dziala o wiele ostrożniej - a widmo wojny w Ussurze, która zapewne zaangażuje zarówno Lukę, Grategon jak i Varangów wyraźnie nie sprzyja interesom - działania wojenne mogą doprowadzić do poważnego regresu.

Na zachodzie rzec by można bez zmian. Większość władców w regionie pozostawała raczej bierna w sprawach handlu, a widmo wojny w Ussurze sprawia, że kupcy z niepokojem spoglądają na sytuację na zachodnich ziemiach, obawiając się chaosu który będzie niewątpliwie towarzyszył takiemu konfliktowi. Właśnie zakończona wojna z kultem Seta nie sprzyjała wybieraniu się na okoliczne szlaki (choć sam Kult nie był z pewnością zachętą do podróżowania przez tamte ziemie i być może jego likwidacja pomoże w stabilizacji sytuacji), jednak wojna w Ususrze o o wiele większej potencjalnej skali może być zdecydowanie większym problemem. Królestwo Castiglione podjęło próby zdobycia większego udziały w handlu regionu poprzez Kompanię Złotego Szlaku, jednak spory w które wdało się z wieloma partnerami handlowymi uczyniły wysiłki króla Castiglione w znacznej mierze daremnymi.

Na Morzu Śródziemnym trwa faktyczny stan zimnej wojny handlowej między Elis a Basileą i jej sprzymierzeńcami z Elyrii i Kanaan, negatywnie wpływając na gospodarkę. Pakt Trójporozumienia uznać można za sukces - głównie w kwestii uderzenia w handel wszystkich innych krajów regionu, co przełożyło się na niewielkie wzrosty zysków sygnatariuszy handlu. Sukces działań Trójprzymierze zawdzięcza w znacznej mierze działaniom Decjana Mortona. Przypuszcza się jednak, że sukces ten może być krótkotrwały, dając tymczasowe zyski, ale nie sprzyjając rozwojowi handlu - zwłaszcza że na wschodzie trwa już wojna, a na zachodzie za niedługo ona wybuchnie. Kupcy zresztą zaczynają powoli uczyć się jak omijać restrykcyjne blokady i cła Trójporozumienia i tym samym w końcu zapewne przeniosą się na alternatywne szlaki. W całym regionie zauważyć można wzrost działalności przemytników, dla których cła Trójprzymierza stały się atrakcyjną możliwością zbicia majątku - zwłaszcza, że morze jest wielkie, a Trójporozumienie nie kontroluje go w całości. Część z kupców, którzy nie zajęli się przemytem albo nie przenieśli na nowe szlaki zaczęła parać się piractwem, które staje się powoli realnym problemem...

Egzotyczne dobra ze wschodu od zawsze nęciły kupców, jednak wraz z problemami na Morzu Śródziemnym i trwającą wojną między Simandarem i Tenku w regionie panuje kompletna stagnacja. Szlak między Królestwo Djodoarów a Ta'in cieszy się małym zainteresowaniem, jednak nadzieje na ożywienie handlu daje szlak pomiędzy Aeir-Dinn, a Nainpurem, którego rokowania określić można jako bardzo dobre.

Wraz z rozlicznymi konfliktami na krawędziach znanego świata, kupcy zwrócili się do centrum Imperiusa, gdzie kwitną szlaki lądowe. Nowym ośrodkiem handlu jest Cordilaes, które dzięki wsparciu i dofinansowaniu szlaków do Annarietty i Elis staje się istotnym graczem w światowym handlu. Restrykcyjna polityka Trójprzymierza na Morzu Śródziemnym i wojna między Tenku a Simandarem sprawiły, że trasa lądowa z Elis przez Cordilaes, Annariettę i Aeir Dinn, wiodąca ku ziemiom wschodu staje się coraz bardziej atrakcyjna i jeżeli problemy potrwają dłużej to może stać się główną arterią przepływu dóbr na osi wschód-zachód.

Alternatywą dla wspomnianego szlaku handlowego byłaby podróż poprzez Morze Północne - akwen ten jest bezpieczny, a sytuacja międzynarodowa w obrębie jego basenu względnie stabilna. Tamtejsi władcy nie wydają się być jednak zainteresowani rozwojem polityki handlowej i przy ich obojętności mimo dużego potencjału, szlak północny może nie zagrozić drodze lądowej.

- Wasalizacja Vela Luki hamuje rozwój handlu na morzu północno-zachodnim.
- Zakończone i zbliżające się wojny na zachodzie nie sprzyjają rozwojowi handlu.
- Trójporozumienie daje zyski państwom członkowskim, a straty pozostałym w regionie. Efekt zdaje się być krótkotrwały. Rośnie liczba szmuglerów i piratów.
- Wojna Tenku-Simandar i Trójporozumienie powoduje potrzebę poszukiwania nowych szlaków Wschód-Zachód.
- Rozwój szlaków lądowych w centrum Imperiusa.
- Morze Północne posiada duży potencjał, ale marazm tamtejszych władców w sferze handlowej powoduje powolny rozwój handlu.


RE: Wydarzenia - Ismerus - 15-Feb-2019

Związek Ephyrii
1205

[Obrazek: f07e2149facae3b4573e316548f0b5b7.jpg?b=t]

Umarł strategos, niech żyje... łatwiej powiedzieć niż zrobić. Po śmierci Pylartesa eklezja Związku Ephyrskiego stanęła w obliczu problemu nowego strategosa - coś, na co żadna z frakcji czy rodów nie były właściwie gotowe. Tym samym brakowało silnego kandydata który mógł zgromadzić wokół siebie aristoi i szybko doprowadzić do rozstrzygnięcia wyborów. Tym samym elekcja przeszła w impas. Pierwszym znakiem jego nadchodzącego przełamania było przybycie Filetasa z Dodory, słynnego mówcy, opromienionego chwałą zwycięzcy ostatnich igrzysk panfokkijskich. Ten przemówił przed eklezją, raz jeszcze przedstawiając swoją słynną już mowę z igrzysk - wysławiając w niej ideę jedności wszystkich Aetów i ich wyższości nad barbarzyńcami z kontynentu. Jego mowa okazała się być niejako zapowiedzią dla wydarzeń, które miały niedługo potem nastąpić.

Do Ephyrii przybył bowiem sam basileus Aetów - Konstantinos w towarzystwie niewielkiego oddziału gwardii. Od razu z werwą wziął się do pozyskiwania poparcia dla... swojej kandydatury dla strategosa Związku, a tym samym unii między oboma państwami Aetów. Aristoi zaczęli być zapraszani do rezydencji basileusa, a jego posłańcy krążyli po mieście. Nie było tajemnicą, że "kampania wyborcza" władcy opierała się na klasycznym rozdawnictwie urzędów, miejsc w radzie Aristoi czy godności. Znaczne sumy w złocie i srebrze zmieniały właściciela, a wraz z nimi szeregi zwolenników Konstantinosa rosły. Konstantinos nie krył się z swoimi działaniami, a i obdarowani przez niego nie byli specjalnie dyskretni. Jednocześnie po agorach i placach zaczęły krążyć plotki o rzekomych działaniach Elis, wymierzonych w Aetów - mieliby jakoby celowo dążyć do skłócenia i osłabienia Aetów, zaklinać bydło aby nie dawało mleka i sponsorować piractwo oraz pragnąć władzy nad wyspami fokkijskimi... Choć źródła tych plotek nie odkryto, jasnym było, że musi być to kolejne narzędzie walki politycznej w ramach elekcji.

Dzień kolejnego głosowania zbliżał się wielkimi krokami. Aby umocnić swoją frakcję zwolenników i przekonać niezdecydowanych Konstantinos zdecydował się wystąpić przed aristoi Związku. W długiej mowie mówił o jedności między Aetami i szansie na pojednanie między mieszkańcami archipelagu, przedstawiając siebie jako przywódcę nowej, zjednoczonej i potężnej Fokkaidy. Zapowiedział że będzie szanował stare prawa i przywileje Związku oraz kult Tytanów (Ephyria w przeciwieństie do reszty archipelagu nie została nawrócona na Vohanizm), oraz że Ephyria utrzyma swoją autonomię w ramach unii, a rada aristoi zostanie uzupełniona o pięćdziesięciu nowych członków z Ephyrii. Choć ziemie Związku płaciłyby pewne sumy do skarbca władcy, to znaczna część sum z podatków pozostawiona byłaby do dyspozycji miejscowych eklezji, a sądy sprawowane byłyby tylko przez miejscowych aristoi. Mowa Konstantinosa została przyjęta wyjątkowo entuzjastycznie, chociaż co bardziej złośliwi mówili, że entuzjazm ten był w pełni współmierny do wysokości łapówek, które otrzymali członkowie zgromadzenia. Gdy doszło do głosowania Konstantinos został wybrany znaczną przewagą głosów, a wniosek o unii z Basilą został przegłosowany. Tym samym poprzez siłę złota i słów stało się to, czego przodkowie Konstantinosa nie zdołali dokonać siłą miecza - wyspy fokkijskie zostały zjednoczone.

Rzecz jasna jednak nie wszyscy byli zadowoleni z takiego obrotu spraw - najbardziej radykalni zwolennicy wolności czy tytanizmu uznali wybory za hucpę, a jeden z aristoi miał skomentować brawa którymi przyjęto mowę Konstantinosa jako "śmierć wolności przy dźwięku aplauzu". Malkonentów jednak zignorowano, a zwolennicy Konstantinosa zajęli się świętowaniem i przeliczaniem nowo zdobytych bogactw. W całym tym nastroju godnym festiwalu nikt nie zauważył, że kilka rezydencji opustoszało, a port pospiesznie opuszczały kolejne statki. Dopiero na następnym posiedzeniu eklezji doliczono się braku części aristoi - najwyraźniej niezadowoleni możni zdecydowali się opuścić kraj. Gdzie i po co? Nie wiadomo. Z racji tego, że nikt nie przyłożył wagi do ich wyjazdu, to nie podjęto też wysiłku ich śledzenia. Pewnym jest, że nie wróży to dobrze młodej unii i nikt chyba nie wierzy w to, że owi emigranci będą bezczynnie przebywać na obczyźnie. Pytaniem też pozostaje jaka będzie reakcja elit Basilei, zwłaszcza tych bardziej powiązanych z vohanizmem. Jest to jednak problem na później - teraz Konstantinos może świętować swoje ogromne zwycięstwo...

-Zawarta zostaje unia pomiędzy Basileą a Ephyrią,
-Zjednoczenie wysp fokkijskich,
-Część ephyrskiej opozycji ucieka w niewiadomym kierunku.


RE: Wydarzenia - Ismerus - 17-Feb-2019

Jantar
1205

[Obrazek: 36c01fba-7d39-4010-902c-bc181844f3ac.jpg]

Niewielkie księstwo Jantaru przez pokolenia znajdowało się na uboczu Imperiusa. Władcy przemijali, lata mijały a historyczne zawieruchy zdawały się omijać Jantar. Zamieszkiwany przez lud podobny obyczajami, językiem i religią do sąsiedniej Braniborii, Jantar rządzony był przez dynastię Rawiczów. Bywali wśród nich władcy lepsi i gorsi, choć żaden z nich w szczególny sposób nie zapisał się w kronikach. Spokój swego władztwa zapewniali poprzez alians z sąsiednim państwem Zakonu, sprawiający że władcy Braniborii nie dołączyli Jantaru do swej domeny. Tak więc lata spokojnie mijały, a największym problemem Jantarczyków były narodziny dwugłowego cielęcia dwadzieścia lat nazad. Tak było przynajmniej aż do momentu gdy na tron wstąpił książę Burzmir. Ów zajmował się głównie hulankami, ucztami i turniejami, na wzór obyczajów dworu Annarietty, w której spędził młodość. Jantar był jednak w gruncie rzeczy małym i niezbyt bogatym państewkiem i utrzymywanie stylu życia dorównującego królewskim dworom musiało rychło odbić się na zawartości skarbca księstwa. Szybko więc w szkatule pokazało się dno i Burzmir stanął w obliczu wyboru - zacisnąć pasa, albo znaleźć nowe źródło dochodów. Książe wybrał rzecz jasna to drugie i tradycyjnie dla cierpiących na niedostatek gotowizny władców - podniósł podatki. Ludowi było to nie w smak, ale jak to lud - posarkał, ponarzekał i było na tyle... byłoby na tyle, gdyby nie wielka susza z roku 1199, gdy plony obumarły na plonach, a przed klęską głodu ocaliło Jantarczyków jedynie zakupienie zboża od kupców z kraju zakonnego. Burzmir w żaden sposób poddanym nie pomógł, a o obniżeniu wysokich podatków, aby ulżyć chłopom myśleć nawet nie raczył. Podczas gdy lud wegetował na krawędzi głodu, zabawa na dworze księcia nie ustawała. W końcu gniew chłopów znalazł swoje ujście i zaczęli oni mordować znienawidzonych poborców podatków. Do rozsądku mieszkańców próbowali przemówić duchowni - i nawet im się to udało. Pod przywództwem niejakiego proboszcza Sławomira, delegacja chłopów i mieszczan udała się do Burzmira, aby prosić o obniżenie podatków. Książę delegacji jednak nie przyjął i wzburzony przybyciem chamstwa pod jego dwór nakazał powiesić proboszcza. To była kropla, która przepełniła kielich goryczy - powstał cały kraj, a książę został otoczony w swoim zamku. Mając u boku wierną (a tak mu się przynajmniej zdawało) drużynę, Burzmir był pewny siebie. Czekać tylko przybycia pomocy Zakonników, a rozpędzi tą chłopską hołotę - a nawet jeśli Wielki Mistrz zamarudzi, to jeno do zimy doczekać - a chłopi zmarzną, zgłodnieją i do domów pójdą pod pierzynami siedzieć. Wielki Mistrz nie zamierzał jednak pomagać tyranowi, który zamordował duchownego i zerwał wszystkie pakty z Jantarem. Sam Burzmir nawet się o tym nie zdołał dowiedzieć - dowódca jego drużyny, Radost zwany Piąchą obwiesił bowiem księcia na tej samej szubienicy co Sławomira, po czym został okrzyknięty przez lud nowym księciem.

Nie był to jednak koniec opowieści o złym tyranie i dobrym wyzwolicielu, a jedynie początek kłopotów Jantaru. Burzmir posiadał bowiem liczną rodzinę, która miała więcej szczęścia niż wisielec i umknęła na wszystkie strony świata. Bękart władcy, Bolemir gdy tylko doszło do buntu, przewidująco zdecydował się dać nogę na północ, gdzie schronił się na dworze króla Braniborii. Dwie córki Burzmira z jego pierwszego małżeństwa, przebywały akurat w gościnie u krewniaków - rodu Gaworskich, skąd zostały zabrane do królestwa Djodoarów. W chaosie przewrotu, gdy woje wierni Burzmirowi zostały do nogi wycięci przez buntowników Radosta, żona księcia Wszebora zdołała umknąć z grodu, zabierając ze sobą syna i następcę księcia - Sambora. Udali się oni na południe, do kraju wiecznego (przynajmniej do tej pory) sojusznika Jantaru, Zakonu. Tak więc choć Radost usadowił swoją rzyć na tronie, to nie mógł w żadnym wypadku czuć się na nim zbyt pewnie. On sam zresztą władcą był raczej miernym, choć lud darzyć go zaczął sympatią, a Radost podatki obniżył i poddanych nie gnębił. Jego władza potrwać jednak nie miała długo - Bolemir został bowiem wsparty przez króla Wacława z Braniborii, który dał mu za żonę swoją córkę, Ryksę i uznał bękarta za prawowitego księcia Jantaru. Niedługo po tej deklaracji, bo w roku 1203 do Jantaru wkroczyła silna armia Braniborii pod wodzą księcia Przemysła. Radost, choć próbował zatrzymać marsz wroga, to szybko musiał wycofać się do swojej stolicy, gdzie liczył na odmianę koniunktury - na południu zbierali się bowiem zakonnicy. Miał się jednak srodze pomylić.

Żaden z sąsiadów nie przyszedł mu bowiem z pomocą - Djododarzy zachowali neutralność w konflikcie, a Zakon w zamian za zachodnią część księstwa wsparł Braniborię. Tak więc zamiast odsieczy, Jantarczycy ujrzeli tylko kolejną armie, dołączającą do oblężenia. Tymczasem zapasy żywności kończyły się, a władza Piąchy były coraz bardziej chwiejna. Decyzja o kolejnym zmniejszeniu racji żywności doprowadziła do buntu żołnierzy, którzy obalili władzę Radosta. Ot, karma jak powiedzieliby lanijscy mnisi gdyby opowiedzieć im całą tą historię. Radost był jednak cwańszy od swojego dawnego pracodawcy i odpowiednio wcześnie dał nogę, unikając zadyndania na szubienicy. Tak więc stolica znalazła się w rękach księcia Przemysła i pozostało tylko pytanie - co dalej z Jantarem.

Szybko doszło do porozumienia - zachodni Jantar ma zostać wcielony do domeny zakonnej, a wschodni stanie się domeną księcia Bolemira, wasalną wobec Braniborii. Ponadto Braniboria ma wypłacić rozłożoną na dogodne raty rekompensatę za to, że Zakon dostaje mieć smakowitą połowę jantarskiego kąska. Co na to sam książę? Cóż, zadowolony on nie jest, a jego ambicja pozostaje niezaspokojona, jednak na bezrybiu i rak rybą, jak mawiają Jantarczycy. Niezbyt ma zresztą możliwość protestowania - jego władza jest w pełni zależna od Wacława IV. Nie chce on zbytnio angażować się dalej na południu ale kto wie, czy nie zmusi go do tego sytuacja. Nadchodzące do Braniborii plotki nie napawają optymistycznie. W każdym razie sejm radośnie przyklasnął decyzji króla o zawarciu porozumienia z Zakonem.  Co do prawowitego następcy Burzmira, Sambora to został on uznany, w wypadku gdyby Bolemir nie miał swoich potomków, następcą księcia. Jeżeli tak nieszczęśliwie by się zdarzyło, że obydwaj nie dochowaliby się potomków, to władzę w Jantarze obejmą braniborscy Sklawidzi. Władzę Bolemira osłabiła ponadto konieczność wydania przywilejów dla Djodoarów - które to przywileje wydał pod naciskiem "sugestii" Wacława IV. Djodoarskich kupców nie obejmuje przymus drogowy czy prawo składu, przybijające do jantarskiego portu statki mają obniżone o połowę cła, a Djodoarzy mogą założyć faktorię handlową w Jantarze. Tym samym wyjaśnia się tajemnica neutralności - Braniborczycy odpowiednio wcześnie kupili ją w sobie zamian za obietnicę przywilejów. Ostatnią sprawą pozostały przyrodnie siostry Bolemira, które powróciły do Jantaru - tym samym zebrał on u siebie wszystkich potencjalnych pretedentów, którzy mogliby być wykorzystani do destabilizacji sytuacji w Jantarze.

Wraz z nastaniem roku 1205 kończy się konflikt w Jantarze, a do kraju, choć podzielonego, powrócił spokój - chłopi zaś mogą powrócić na pola, mając dość aż zbyt ekscytujących dla nich wydarzeń ostatnich lat. Pozostaje tylko jedno pytanie... gdzie tak właściwie podziewa się teraz Radost?

-Koniec konfliktu o Jantar,
-Bolemir Rawicz księciem wschodniego Jantaru, zachodni Jantar włączony do Zakonu.


RE: Wydarzenia - Gacek - 18-Feb-2019

Cesarstwo Cao
1205

[Obrazek: 3ec88417c7e0c6a00e6777c22c9a03ec.jpg?b=t]

Chengzhou niegdyś było kwitnącym i harmonijnym miastem. Liczne ogrody oraz parki nadawały miastu szczególnie unikalny charakter, a pałac rodu Cao w słoneczne dni mienił się feerią barw. To właśnie w tym miejscu emigranci, wygnańcy i banici – niegdyś pozbawieni ojczyzny stworzyli sobie tu namiastkę, będącą zachodnią perłą kultury taińskiej. Jednak mimo że niewiele czasu upłynęło w klepsydrze, ulice miasta prezentują dziś zupełnie inny widok. Rynsztoki i drogi zajęte są w większości przez tłoczących się uchodźców, parki zarosły, a rośliny w ogrodach zmarniały. Miasto zdawało się całym sobą wykrzykiwać – oto schyłek monarchii Cao. I zdaje się, że wielu usłyszało ten niemy krzyk. Zwłaszcza, jak z murów miejskich na horyzoncie ujrzano wielki zbliżający się symbol – pod rozpostartą chorągwią znaczącą jego urząd, jechał wysłannik Trójcesarstwa wraz ze swoją obstawą. Wieść o tej delegacji rozniosła się szybko, niczym ogień w suchym lesie, a wkrótce każdy wiedział o tej misji. Lecz co ona oznaczała dla upadającego państwa? Paru możnych i urzędników w imieniu cesarza wyjechało poza mury, by na szybko skleconym stanowisku rozmówić się z wysłannikiem. Wtedy też poseł przemówił:

"Wielotysięczna armia Cesarstwa nadchodzi, aby zmieść rebelie z powierzchni ziemi. Nasi żołnierze są liczniejsi, nasi wodzowie są lepsi, nasze sakwy ze złotem i ryżem są większe. Straciliście przychylność Niebios, sprzymierzając się z barbarzyńcami, za co zostaliście słusznie pokarani, a ich słudzy spustoszyli wasze włości, hańbiąc i upokarzając waszego przywódcę. Nie macie szans na zwycięstwo.
Cesarz Jin jest jednak łaskawy i oferuje życie. Poddajcie się, otwórzcie bramy miasta, posypcie głowy popiołem i wydajcie fałszywego Cesarza. Zostaniecie ułaskawieni i przygarnięci na łono Cesarstwa. Zachowacie dawne stanowiska i przywileje, nie dopuścimy do zniszczenia Chengzhou i zapobiegniemy grabieżom. Cesarz Ang Jin zapewni pokój i dobrobyt, a jego siła sprawi, że nigdy więcej barbarzyńcy nie wkroczą na ziemie Tainów.
Przemyślcie tą ofertę, bo nie macie wiele czasu do namysłu. Armia nadchodzi, a kiedy dojdzie, nie będzie żadnych więcej negocjacji. "

Nie dziwota, że cesarz i jego wierni urzędnicy odrzucili tą propozycję. Nie wiadomo tylko czy mieli jakiś dokładny plan czy chcieli się bić tylko do upadłego? W każdym razie wkrótce pojawiły się pierwsze odgłosy niezadowolenia z odrzucenia wyciągniętej przez trzech cesarzy dłoni. Paru możnych nawet podobno zawiązało spisek (tak przynajmniej ich akt oskarżenia głosił) co zakończyło ich żywot na placu przed niegdyś wielobarwnym pałacem Cao. Jednak cesarz nie mógł wiedzieć, że wraz z ostatnią głową upadłą na bruk, skazał swe panowanie na pewną klęskę. Oto w egzekucji stracono brata dowódcy gwardii imperialnej. Krewniak, który dotychczas wiernie służył, postanowił zemścić się, zwłaszcza, że chodziły głosy o tym, że eunuchy cesarskiego gotowały już kolejną egzekucję. Dlatego szybko skontaktował się zresztą niezadowolonych.

Szybko zorganizowana grupka szlachciców i ich podkomendnych weszła wieczorem do pałacu w nadziei, że uda się zaaresztować śniącego cesarza. Pech jednak chciał, że monarchę zaalarmował krzyk obezwładnionego eunucha. Szybko więc w stroju nocnym wyskoczył z komnat i wraz z grupką lojalistów popędził w stronę portu, gdzie przygotowana czekała imperialna dżonka. Nie zapomniał jednak o swej rodzinie i postanowił zaczekać na swą żonę i dzieci na skraju parku. To jednak zgubiło uciekinierów. Spiskowcy, którzy już pochwycili pozostałych potomków cesarskich znaleźli grupkę lojalistów i w ciemności wywiązała się chaotyczna walka. Kiedy pobici lojaliści uciekali w chaosie pozostawili za sobą kilku rannych. Pech chciał, że wśród nich był cesarz Cao... tak upadł ten, który rzucił wyzwanie Trójcesarstwu.

Jednak z masakry udało się uciec grupce dawnych lojalistów Cao, którzy weszli na okręt i wyruszyli w pełne morze, wraz z częścią imperialnych skarbów (takich jak np. pieczęć cesarska). Okręt spotkała potem jeszcze simandarska koga, która płynęła do Evantonu. Według kupców uciekinierzy porozumieli się z nimi i kupili świeże zapasy. Plotka głosi, że jeden z kupców widział grupkę osób odróżniających się od reszty, jasną skórą i zachodnią modą. Szczególnie zaś dziwnie zachowywał się pewien starszy jegomość z obłędem w oczach, ubrany w dziwny szary habit który bełkotał w niezrozumiałym narzeczu, jakby nie mogąc się zdecydować jakim językiem ma mówić.

Zajścia w Chengzou oznaczają faktyczny koniec rebelii Cao. Cesarz i większość jego są w niewoli spiskowców, a zostaną zapewne zaraz wydani sługom trzech cesarzy. Co może oznaczać dla nich los gorszy niż śmierć. Przetrwał tylko Han Cao, który przebywa w „gościnie” na dworze króla Aeir Denn. Jego przyszły los jest jedną wielką zagadką. Jednak coraz mniej pozostałych po Cao możnych wierzy w możliwość restauracji. Większość gubernatorów zachodnich prowincji, dotkniętych najazdem aeidrnczyków szuka jakowegoś porozumienia z Ta'in, mając nadzieję na amnestię. Inni nie wierzący w wybaczanie trzech cesarzy uciekają do sąsiednich krajów. Najwięcej przebywa chwilowo na dworze Radży Nanipuru, lecz inni udali się już w wędrówki dalsze, szukać szczęścia w długim oraz szerokim świecie.

- Chengzou kapituluje przed armią Ta'in. Upadek Cesarstwa Cao.
- Chen Cao podejmuje próbę ucieczki, ale nie udaje mu się załapać na statek lojalistów.
- Cała rodzina Cao poza Hanem w rękach Ta'in. Han Cao w Aeir Dinn.


RE: Wydarzenia - Ismerus - 18-Feb-2019

Kult Seta, Anszanat Bahramidów
1205

[Obrazek: CultistArt.jpg]
[tab]Kult Węża Seta wywodzi się jeszcze ze starożytnej Stygii – cywilizacji, która popadła w ruinę na niedługo przez przybyciem na północne regiony ludów Elamitów i Medów. Stygijczycy posiadali liczny panteon bóstw, wśród których jednym z ważniejszych – acz darzonych zarówno strachem jak i szacunkiem -był Set, ten, który łaknie. Set był zazdrosnym bogiem. Jego wyznawcy twierdzili, że jest najwyższym bóstwem – a wszyscy inni są mu poddani. Przypuszczalnie Set w czasach przed zjednoczeniem Stygii był bogiem jednego z kraików, które weszły w jej skład – a potem został dołączony do większego panteonu. Kult Seta koncentrował się wokół okultystycznych praktyk – jego wyznawcy studiowali pradawne pisma, odprawiali mistyczne rytuały i parali się alchemią – jednak nie obce były im też bardziej plugawe praktyki, jak choćby ofiary z ludzi.
Dawniej ziemie Tal Rasha i Aranoch były względnie niezależne. Co prawda niektóre ludy na nich żyjące uznawały władzę Sułtana, inne Cesarza Varangardu, jednak zawsze była to władza jedynie formalna. Ostatnimi czasy kontrolę nad tymi terenami zdobył Kult Seta. Wszystko odbyło się za sprawą zaćmienia słońca, które zostało przewidziane przez kultystów. Szeregi sekciarzy znacząco urosły i udało im się przejąć władzę na tymi terenami. Siedzibą kultu stały się ruiny stygijskiego miasta Aranoch, gdzie w podziemiach starożytnych grobowców Achmel "Upadły" wraz ze swoimi wiernymi fanatykami odprawiał swoje rytuały.
[tab]Kult Seta traktował wszystkie okoliczne ludy jak i podróżnych z ogromną wrogością. Ludzie, którzy spotkali sekciarzy często nie wracali do domów, a jeśli wracali to zdecydowanie odmienieni…
[tab] Kilka lat temu zawiązał się sojusz aby zlikwidować kult Seta. Anszan Bahram V, przywódca Anszanatu Bahramidów, oraz sułtan Abdul III Samanid, władca Sułtanatu Raszimu, sprzymierzyli się i podjęli działania zmierzające do jegoż zniszczenia. W Anszanacie od wieków żyły ludy Djodoarów, które służyły Anszanom jako gwardii. Często następcy tronu w królestwie Diodoarów są wysyłani do Anszanatu by zakosztować chwały bitewnej w dalekich, zachodnich krajach. Tak też uczynił Królewicz Genoreine e Jaukjahab i wraz ze swoją Gwardią Djodoarską przyłączył się do kampanii przeciw setyjczykom. Do koalicji przystąpił też vohanista i przywódca kraju Basilea ton Aeton - Konstantinos I
[tab]Wraz z nastaniem 1203 roku vohanistyczne armie zostały wprawione w ruch. Nikt nie myślał nawet o rozmowach z kultystami, znanymi zresztą ze swojego dosyć swobodnego podchodzenia do nietykalności przybywających do nich posłów.
Szybko pokazało się jednak, że szumnie zapowiadana święta wojna nie została przygotowana tak dobrze, jak można by to sobie wymarzyć. Armie szły z różnych stron, miały do pokonania różne dystanse, a żaden z monarchów nie został uznany za wspólnego przywódcę całej wyprawy. Kto wie, czy gdyby tak uczyniono, wydarzenia nie potoczyłyby się inaczej...
Armia Sułtana zbierała się od zeszłego roku w nadmorskiej prowincji Asfan, daleko od ziem kultystów. Umożliwiło to jej oddziałom na przygotowanie się do długiej drogi i połączenie się z przybywającymi z wysp siłami Aetów. Zaraz potem ruszono w drogę ku ruinom Aranoch, gdzie liczono na napotkanie wojsk Anszana. Marsz był jednak długi i nieśpieszny, a wydarzenia na zachodzie działy się szybko...
[tab]Bahram V bowiem już ruszał na ziemie kultystów. Jego armia zebrała się w Karii, tuż pod granicą państwa wyznawców Seta. 3-tysięczna ekspedycja składająca się w całości z konnicy, od razu ruszyła na wrogie ziemie, prowadzona przez samego Anszana. Do spotkania wojsk doszło piątego dnia wyprawy. Walka trwała przez kilkadziesiąt krwawych minut, zanim Bahram V pojął, że w tych warunkach nie zdoła pokonać przeciwników. Nakazał odwrót. Pierwsza bitwa była bardzo krwawa a armia Anszanatu uszczuplała o ponad 500 ludzi.
[tab]Pomimo klęski w poprzednim roku, wojna vohanistów przeciw kultowi Wielkiego Węża nie miała się zakończyć. Wraz z przybyciem armii Sułtanatu i aeckich posiłków wojska wyznawców Pana Światła uzyskały w końcu tak im potrzebną przewagę nad kultystami. Gdy jednak mijały kolejne dni, jasnym stawało się, że Farid, nie zamierzał pozwolić sprzymierzonym na spokojny marsz w głąb Kraju Seta. W przeciągu następnych dni znikać zaczęli zwiadowcy i żołnierze wysłani po żywność albo wodę. Ich ciała znajdowano potem straszliwie okaleczone. Kultyści zaczęli posuwać się tak daleko, że atakowali w nocy obóz, mordowali straże i napadali samotnych żołnierzy. Vohanici parli jednak naprzód - a główna świątynia Seta była już niedaleko. Dzień drogi od świątyni nastąpić miało rozstrzygnięcie, niemal znikąd przed sprzymierzonymi wyrosła armia Farida. Bitwa która nastąpiła chwilę później trwała aż do momentu, gdy padł ostatni z Setytów, a armia kultu przestała istnieć.
[tab]Vohanici osiągnęli całkowite zwycięstwo, choć okupione dużymi stratami. Po zakończonej bitwie, Vohanici pogrzebali swych zmarłych, a ciała Setytów zwalono na stertę i spalono, odprawiając przy tym rytuały mające przekląć ich na wieczność. Gdy przeszukiwano pobojowisko okazało się, że pośród trupów nie ma samego Farida a także ze nie wiadomo gdzie jest wielki kapłan Achmel.
[tab]Jedno było pewne. Upadek państwa kultystów wspomoże lokalny handel. Z drugiej strony istnieje szansa, że trochę heretyków uciekło i zaczną szerzyć tą religię gdzieś indziej. Na pewno obawiać się tego mogły cztery państwa: Raszim, Anszanat, Kanaan oraz Varangard.
[tab]Niedługo po decydującej bitwie z kultystami Seta, wkroczono do głównej świątyni tego potwornego boga. Zanim oczyszczono ją ogniem, została przeszukana przez vohanickich kapłanów z Anszanatu. W jednej z sal zostało odnalezione zaskakujące znalezisko. Księgi, napisane w niezrozumiałym języku i bardzo dziwnie wyglądające. Rysunki na niektórych stronach są, krótko mówiąc, nietypowe ale nie wyglądają zbytnio heretycko. Część z ilustracji przypomina obiekty astronomiczne, inne rysunki kojarzą się z jakimiś roślinami lub ich oddzielnymi częściami. Nakierowuje to kapłanów na medycynę i zielarstwo.
[tab]Postanowiono, że księgi zostaną przewiezione do państwa Bahramidów, do samego Anszana Barhama V.
Anszan wyraził zainteresowanie tymi dziwacznymi księgami wydobytymi. Wezwał mnichów z klasztorów Lanii, biegłych w starożytnej wiedzy i mowach upadłych królestw - aby obejrzeli księgi, licząc na to że może kryją się w nich jakieś stare prawdy, lub przynajmniej będzie można poznać tajemnice Setytów, które pozwolą na łatwiejszą walkę z niewiernymi.
[Obrazek: 636066953891271902.jpg]
[tab]W stolicy Anszanatu po upragnionym zwycięstwie zorganizowano przyjęcie a także wielki festyn. Na ogromnej i hucznej imprezie pojawili się przedstawiciele wszystkich stron biorących udział w kampanii czyli Sułatanatu Raszimu kraju Aetów jak i królewicz Djodoarów. Dla licznie zebranej gawiedzi wystąpił cyrk ze zwierzętami. Były także  zorganizowane pokazy sztucznych ogni a w karczmach lało się wino i piwo przywiezione z krajów dalekiej północy. Dla bogatszych były nawet trunki z Republika Simandaru a także Cesarstwa Ta’in.
[tab]Na arenie odbyło się najbardziej lubiane przez Anszanan widowisko czyli wyścigi rydwanów. W ciągu dwóch dni miało miejsce aż 37 wyścigów rydwanów a zmierzyło się w nich 216 zawodników. Wśród nich było też kila zawodniczek, głównie zagranicznych ale także zdarzyły się te z koczowniczych plemion medyjskich. Ostatni wyścig odbywający się już przy pochodniach i przy akompaniamencie orkiestry obejrzał sam Anszan wraz z zaproszonymi gośćmi. Do biegu stanęło sześć rydwanów. Trójka uczestników było z Anszanatu: Cyrus z Mediny Narses Arizant oraz Arediusz Sur. Do finału dostał się także królewicz Genoreine e Jaukjahab oraz Hatim Wakhab z Sułtanatu. Szósta osoba biorąca udział w wyścigu zaskoczyła wielu a była to Persea z Athos. Wyścig nie odbył się bez wypadków, bowiem z rydwanu należącego do Cyrusa oderwało się koło i uderzyło w rydwan królewicza rozrywając lejce, przez co wykluczyło to obu z dalszego wyścigu. Ostatnie okrążenie to była zacięta walka pomiędzy rydwanami Arediusza i Persei. Jednak nie doszło do nietuzinkowego wydarzenia i koniec końców zwyciężył Arediusz, drugie miejsce zajęła Persea a trzecie Hatim.
[tab]Całe przyjęcie i wydarzenia je poprzedzające jeszcze przez wiele lat będą wspominane przez maluczkich jak i przywódców regionu a wieści będą dochodzić do najdalszych zakątków Imperiusa. Anszan może być dumny albowiem jego prestiż i posłuch wzrósł, a morale ludności w jego kraju jest bardzo wysokie.

-Upadek kultu Seta,
-Wielka uroczystość w Anszanacie na cześć zwycięstwa odniesionego nad kultystami.


RE: Wydarzenia - Ismerus - 23-Feb-2019

Braniboria
1206

[Obrazek: Frischlow_3.jpg?width=400&height=250]
Choć wojna w Jantarze skończyła się jakiś czas temu, wielu braniborskich rycerzy nie powróciło jeszcze do domu. Rozbili oni pokaźnych rozmiarów obóz w Bohemii, gdzie po pewnym czasie przybył sam król Wacław. Pytaniem było - czemu tak się działo? Oficjalnym powodem był mający się odbyć popis szlachty przed królem - i faktycznie rycerzy było tak wielu, jednak większość zgromadzonych stanowili weterani zakończonej właśnie kampanii na południu. Dni płynęły spokojnie - co prawda kilka razy zbyt gorącokrwiści szlachetkowie pod wpływem wina z południa czy miejscowego piwa wdali się w sprzeczki, które szybko przeszły w pojedynki, jednak poza kilkoma nowymi bliznami na łepetynie pieniaczy i uszczerbkiem na honorze nic złego się nie stało - ot typowe problemy dla zgromadzenia zbyt wielu możnych w jednym miejscu....

Gościwuja obudziło nieznośne parcie na pęcherz. Cóż, nie było dobrym pomysłem osuszać dzbana piwa przed udaniem na spoczynek... Teraz chcąc nie chcąc musiał opuścić namiot, aby ulżyć sobie gdzieś w pobliskim lasku. Nie uszedł jednak daleko, gdy jego uwagę zwróciła dziwna jasność na horyzoncie... Z tego co wiedział w tamtym kierunku, może mile dwie albo trzy dalej znajdował się dworek Odrowążów. Znał Michała Odrowąża, który był tam panem... Zginął jednak pechowiec w Jantarze, strzałą rażony.
- Gore! - krzyknął Gościwuj. - Pali się!
Na jego okrzyk z sąsiednich namiotów zaczęli wypadać inni rycerze, desperacko usiłując podciągnąć spodnie czy zawiązać tuniki.
- Co się pali? Gdzie? - zapytał jeden z nich. - Obóz się pali?
- Nie. Dobra Odrowążów! - wskazał w stronę coraz jaśniejszej łuny.
- A to spieprzaj, już myślałem że ktoś ogień zaprószył... - mruknął któryś ze starszych rycerzy i zasunął znowu połę namiotu. Przybywało jednak kolejnych, a zgromadzeni wpatrywali się z pewną konfuzją w horyzont.
- No co tak stoicie?! - zakrzyknął Gościwuj. - Trzeba jechać i zobaczyć co się dzieje. Mogą tam pomocy potrzebować.
Odpowiedziało mu potakujące pomrukiwanie kilku innych rycerzy.
- No. Maaaaćko! - zakrzyknął na swojego pachołka. - Konia siodłaj! Ja tylko odlać się skoczę...

Jakiś czas potem, grupa kilkunastu ochotników minęła wzgórza oddzielające ich dóbr rodu Odrowążów. Od jakiegoś czasu czuli już jednak dobrze znany im z wojny smród... Odór palonej wioski. Gdy stanęli na szczycie pagórka, jeden z towarzyszy Gościwuj wymamrotał tylko.
- Niech mnie Adro wychędoży...
Widok, który ujrzeli w szarówce tego szczególnego momentu przed świtem był w istocie ponury. To nie był przypadkowy pożar - to było celowe podpalenie. Chłopskie chaty właśnie kończyły się dopalać, a w centrum przysiółka dostrzec można było prawdziwą stertę zwłok. Leżący kawałek dalej sporych rozmiarów dworek płonął jak pochodnia - aby chwilę później w głośnym hukiem runąć, gdy osłabione przez pożar ściany zawaliły się do środka.
- No dalej panowie bracia! - zakrzyknął Gościwuj. - Naprzód! Może jeszcze kto żyw został! Albo dorwiemy chociaż skurwieli którzy to zrobili.
Jak powiedział tak zrobili - rycerze popędzili swoje wierzchowce i ruszyli przez wioskę. Widok, który ujrzeli nawet im zmroził krew w żyłach - najwyraźniej ktoś spędził chłopów w jedno miejsce, aby następnie ich wymordować - wszystkie ciała nosiły liczne ślady po cięciach mieczem czy pchnięć włócznią. Na rozległym podwórzu dworu przybyłych czekał jednak jeszcze straszliwszy widok - tutaj napastnicy najwyraźniej postanowili sobie pofolgować i poświęcili swoim ofiarom więcej czasu. Do bram przybito włóczniami niczym makabryczną ozdobę dwójkę dzieci, które następnie wybebeszono. Na samym podwórzu spoczywały zwłoki kilkunastu osób - bez wyjątku porąbanych na kawałki, z wyprutymi wnętrznościami czy naszpikowanych bełtami jak jeże. Jeden ze służących został nawet obwieszony na płocie - na własnych jelitach. Pozbawione ciała głowy nabito na włócznie, ustawiając je naprzeciw siebie tak, jakby zmarli mieli być złączeni w pocałunku.
- kurczaki. - mruknął tylko Gościwuj. Inny rycerz zabulgotał lekko, po czym przechylił się w siodle i zaczął głośno wymiotować.
- Śladów szukać. - rozkazał samozwańczy przywódca grupy. Musiało ich być sporo i daleko ujść nie mogli.
I faktycznie tak było - szybko znaleziono ślady kilkunastu koni, wiodące na południe - najwyraźniej mordercy uszli w wyraźnym pośpiechu. Zanim jednak Gościwuj zdecydował co dalej zrobić, jego uwagę zwróciło lekkie poruszenie się pobliskich krzaków. Rycerz zsiadł z konia i ostrożnie się do nich zbliżył. Gdy odsunął gałęzie, jego oczom ukazała się młoda dziewczyna w niewiarygodnie brudnej koszuli. Kuliła się ona z przerażenia, najwyraźniej niezdolna już nawet do ucieczki...
- Ktoś jednak przeżył. - zakrzyknął do swoich towarzyszy rycerz. - Dobra... Mirko, leć do obozu i powiedz co się stało. Trzeba nam więcej ludzi i w pościg ruszyć...

Wacław VI westchnął ciężko i wyraźnie zmęczonym gestem potarł skronie. Od incydentu minęło kilka godzin, a obóz przypominał gniazdo szerszeni w które ktoś wetknął kij. Szlachta rozbiegła się po okolicy, sprawdzając co z innymi dworkami i wioskmi - a kilkudziesięciu najlepiej zorganizowanych ruszyło na południe, kierując się śladem tajemniczych napastników.
- Jeszcze raz. - władca starał się brzmieć najłagodniej jak tylko mógł. - Zacznijmy jeszcze raz. A więc mówisz, że schowałaś się za skrzynkami i cię nie zobaczyli, tak?
Znaleziona w nocy dziewczyna lekko pokiwała głową. Umyta i ubrana wyglądała niego lepiej, acz można było zauważyć że w jej włosach pojawiły się siwe pasma. I tak dobrze było, że w ogóle cokolwiek pamiętała i można było z nią choćby próbować porozmawiać - nawet jeśli co chwilę wpadała w panikę, albo dostała ataku histerii. Teraz po raz pierwszy od kilku godzin wydawało się, że może uda się z niej wyciągnąć cokolwiek konkretnego.
- Obudziło mnie jak krzyczeli. - wymamrotała. - Że śmierć. Śmierć nam, tod. Tak krzyczeli. Heretykom śmierć... - zaczęła coś mamrotać nieokreślenie przez dłuższą chwilę, jednak nagle uspokoiła się. Któremuś z towarzyszących władcy możnych wymsknęło się ciche westchnienie ulgi. Obawiał się już, że czeka ich kolejny atak płaczu.
- Widziałaś ich? - zapytał władca.
- Ta... Tak... Jak biegłam do płotu... Obejrzałam się... Mieli białe tuniki... i znaki... I włócznie... I miecze... Topory...
- Tod... - powiedział do siebie władca, po czym wyraźnie się zamyślił. Po chwili wstał i przeszedł do stołu. Sięgnął po kawałek papieru i pióro, po czym szybkimi ruchami coś nakreślił.
- Taki znak? - pokazał dziewczynie dość schematycznie narysowany zamek. Ta pokiwała głową... Po czym zaczęła płakać.
- To chyba wystarczy. - powiedział Wacław i gestem wezwał stojącą przy wejściu do namiotu służkę. Ta na wpół wyprowadziła, na wpół wyniosła nadal płaczącą dziewczynę na zewnątrz.


Kilka dni później do obozu wróciła grupa pościgowa - z pustymi rękoma. Dotarli oni aż do granicy państwa zakonnego - gdzie jak okazało się, tajemniczy napastnicy wymordowali grupę żołnierzy strzegących traktu, po czym umknęli na południe. Towarzyszący podczas przesłuchania jedynej ocalałej z masakry możni nie potrafili jednak utrzymać języka za zębami i szczegóły rozmowy szybko rozniosły się po całym obozie - sytuacja była dla wszystkich jasna - napastnicy używali słów z używanego na ziemiach zakonnych języka reterskiego, nosili też ich znaki... Szlachta była wściekła, a gniew rósł z godziny na godzinę - szybko pod namiotem władcy zebrał się liczący setki ludzi tłum. Ich żądania były proste - pomsta na zakonnikach, którzy dokonali tak straszliwej zbrodni. Król znalazł się w sytuacji bez wyjścia i wysłał do wielkiego mistrza ultimatum, żądając wydania sprawców masakry i wycofania się z ziem Jantaru - inaczej wypowiedziana zostanie wojna... Stało się więc to czego się obawiano - zawarte w Jantarze porozumienie nie przetrwało próby czasu i uniknięcie otwartego konfliktu wydaje się być w tej chwili mało prawdopodobne.

-Napaść na braniborską wieś i rzeź jej mieszkańców,
-Świadek oskarża Zakon Płonących Mieczy o dokonanie zbrodni,
-Wzburzona szlachta wymusza na Wacławie IV wydanie ultimatum Zakonowi: albo Zakon wycofa się z Jantaru i wyda sprawców masakry albo wybuchnie wojna.


RE: Wydarzenia - Ismerus - 25-Feb-2019

Varangowie, Grategon
1206

[Obrazek: Screen-Shot-2017-07-03-at-3.06.48-PM-500x375.jpg]

Kiedy wódz Varangów Magnus brał sobie za żonę siostrę Anszana Bahrama V, Azarmidokht z Bahramidów, dla wszystkich jasnym było, że mariaż ten pociągnie za sobą konsekwencje polityczne. Co bardziej sceptyczni obawiali się, że rozochoceni podpisanym wówczas traktatem Elamici będą próbowali przenieść na północ swą wiarę. Nikt nie wyobrażał sobie jednak jak szybko anszanickie wpływy zaczną przenikać posiadłości Varangów, wpływając nie tylko na wiarę, ale też na najróżniejsze dziedziny życia mieszkańców północnego-zachodu...

Przybywająca do Varg księżniczka Azarmidokht sprowadziła ze sobą pewną liczbę dwórek i niewolnic, a także całą gamę sukni, szat i innego rodzaju kobiecych akcesoriów, bez których władczyni o jej statusie nie mogłaby się obejść. Spora ich część okazała się nieprzystosowana do dość surowych, północnych warunków, podczas gdy inne zwyczajnie nie przetrwały trudów podróży. To, co Azarmidokht przywiozła do stolicy swego męża, początkowo stanowiło głównie obiekt żartów i plotek ze strony varangijskich dworzan. Po pewnym czasie jednak zwyczaje żony Magnusa zaczęły budzić żywe zainteresowanie. Celebrując liczne vohanistyczne święta naturalną koleją rzeczy zwracała uwagę mieszkańców stolicy na nową religie, której ostoją stała się sfinansowana przez Bahrama świątynia Ormuzda w Varg. Poza rozpowszechnieniem wieści o "jedynym godnym czci" bogu, księżniczka wytrwale wskazywała również na inne korzyści płynące z kontaktów z jej ojczyzną. Nosiła kolorowe, bogate szaty, które wkrótce, najpierw niemal po kryjomu, a potem już coraz powszechniej, zaczęły sprowadzać sobie również inne damy dworu, które prędko zaczęły starać się również o podobny, choć oczywiście stosownie grubszy i lepiej przystosowany do tutejszej temperatury ubiór dla swych mężów i synów - w końcu która kobieta nie chciałaby, by jej pierworodny wyglądał równie dumnie co sam Anszan? Również sprowadzani z południa artyści zaczęli szybko uświetniać zimowe wieczory elity Varg, czy to pokazami tańców ognia lub ostrzy (próba powtórzenia tego ostatniego przez paru nieco wstawionych Starszych o mało co nie skończyła się tragicznie), czy to głośnymi i dosyć egzotycznymi do tej pory instrumentami. Stopniowo coraz więcej mieszkańców Varg zaczęło też pokrywać swe ciała tatuażami, tak popularnymi w Anszanacie - zabiegi te, choć bolesne i mogące stanowić potencjalne ryzyko dla zdrowia, jeśli są przeprowadzane przez niewprawionego majstra, stały się bowiem zwyczajnie modne i mile widziane wśród żyjących w stolicy Varangów. Jakby tego było mało, vohaniccy kapłani, czujący się już dosyć pewnie, wprost opowiadają o swojej wierze, namawiając pogan do jej przyjęcia. Ewidentnie finansowani przez Bahrama misjonarze może i odnoszą jakieś sukcesy wśród niższych warstw społecznych - jednak na samym dworze do żadnej oficjalnej konwersji jeszcze nie doszło, a jeśli ktoś po kryjomu porzucił wiarę w przodków i przyjął południowe bóstwo, to dotychczas nie został wykryty. Z czym się to wiąże? Cóż, niektórzy mogą twierdzić, że vohanizm po prostu nie przypada do gustu Varangom. Byłoby to jednak karygodne uproszczenie obecnej sytuacji, która jest bardziej skomplikowana. Większość potencjalnych konwertytów po prostu boi się reakcji na ich działania - wódz Magnus do tej pory nie wypowiedział się w tej kwestii. Z jednej strony zezwolił Elamitom na budowę świątyni w swej stolicy, z drugiej jednak sam wciąż nie przyjął ich wiary. To niezdecydowanie ciągnie za sobą konsekwencje, które mogą w końcu pozbawić go możliwości wyboru. Wysyłani na północ misjonarze są elokwentni i sprawni, prędzej czy później co bardziej zapatrzeni w południowe wzorce możni zaczną ustępować i poddawać się ich słowom. Z drugiej strony, czy Rada Starszych, która nadała Magnusowi przydomek Mądrego, będzie spokojnie czekać, patrząc jak odwieczne zwyczaje i sławni przodkowie są zastępowani kultem Aszów i Ormuzda, a budzący niegdyś grozę wojowie zaczynają ubierać się niczym zniewieściali południowcy?

Jakby ta sytuacja nie była dość skomplikowana, misjonarze z Anszanatu dali się zauważyć również w innym pogańskim państwie regionu, Grategonie. Czy to z uwagi na dystans, czy na mniejsze kontakty, grunt że tutaj jednak wpływy Elamitów są znacznie mniejsze, jeśli nie praktycznie niezauważalne. Grategończycy zdają się być zadowoleni ze swych bogów i nie przejawiają większych chęci ani do ubierania się w szaty z południa. Popularną, choć niepotwierdzoną, stała się zaś ostatnimi czasy nowina o tym, jakoby vohanistyczni kapłani dotarli do siedziby możnowładczej rodziny Juszczów, gdzie zostali wysłuchani przez jej patriarchę, Jana Juszcza. Ten przybyszy z dalekich stron, o których wiedział że przybywają z krainy sprzymierzonej z księciem, ugościł godnie, częstował miodem i mięsem. Po wysłuchaniu tego co mieli mu do powiedzenia o świętym płomieni miał zaś ponoć popukać się on mocno w czoło i splunąć do radośnie trzaskającego kominka. Gest ten kapłani potraktowali jako niemalże bluźnierstwo i wszczęli nielichą awanturę, która ostatecznie zakończyła się obiciem ich przez strażników domostwa i wyrzuceniem za próg z zaleceniem, by sprawnie opuścili posiadłości Juszczów, o ile nie chcą przekonać się o sprawności gończych ogarów rodu. Tak więc o ile wśród Varangów wrze, sytuacja religijna w Grategonie zdaje się być na razie spokojna. Pytanie ile to potrwa - wszak księstwo poza stosunkowo odległymi vohanistami, ma pod bokiem także licznych adronitów - których to wiara jest równie ekspansywna i nawet powszechniejsza. Czy rdzenne wierzenia państw północnego-zachodu mają szansę przetrwać? A może prędzej czy później skazane są na wejście w orbitę wpływów jednego z tych wielkich kultów? Jak na razie okoliczni władcy, zjednoczeni we wspólnym dziele rozbiorów Carstwa Ussury, pozostają ze sobą w dobrych stosunkach. Czy jednak po rozwiązaniu tej kwestii ambicje któregoś z nich nie doprowadzą do rozbicia dotychczasowych sojuszy i podniesienia kwestii religijnej, dotychczas skrzętnie pomijanej we wzajemnych stosunkach?

-Wzrost wpływów anszanackich na dworze w Varg,
-Nieudana próba namówienia Juszczów do przejścia na vohanizm.