![]() |
|
Wydarzenia - Wersja do druku +- Imperius XII (https://archiwa.chilioi.domenomania.eu/imp12) +-- Dział: Archiwum (https://archiwa.chilioi.domenomania.eu/imp12/forumdisplay.php?fid=18) +--- Dział: Ogólne archiwum I12 (https://archiwa.chilioi.domenomania.eu/imp12/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: Wydarzenia (/showthread.php?tid=528) |
Wydarzenia - Emyrh - 12-Jan-2019 Świat
1199.r
dnia 14 po wiośnie 1199 roku
Czarne Plugastwa Opisanje
Ja Geminos z Leukadermii razem z memi szanownymi koljegami Cyrusem z Baktrii, Jin Zhen z Shen, Qintusem z Lauverdeen, Varannią z Thargeras, Wacławem z Ostrawy, Ulashingzem z Wavum oraz Abdullahem z Asfan Poświadczamy to, co niżej opisane zgodne z prawdą i nauką jest, a boskich prawd nie poruszono. Przedstawione tu informacje w ciągu chronologicznym są ułożone.
![]() Lud Varangów
Zamieszkuje on północno-zachodni kraniec Imperiusa w tym zachodnie wybrzeże Morza Wewnętrznego oraz północne tereny Gór Zachodnich. Klimat jest mroźny i północno-zachodnie rubieże są nie zdatne do zamieszkania. Teren zróżnicowany w tym lasy głównie iglaste, teren nizinny z górami na południu. Na większości terenów przeważa zimny step. Sam lud zamieszkujący te tereny para się głównie wypasaniem zwierząt i ich hodowlą, łowieniem ryb w morzu i licznych rzekach oraz uprawą ziemi na terenach zachodnio-południowych, gdzie ciepłych dni jest trochę więcej.
Zgodnie z oświadczeniem zacnego i prawego kupca Hosvira z Lund, który przewozem owczego runa trudni się, dnia ósmego po wielkich roztopach w Brattah roku 1195 kalendarza imperialnego, zauważył on karawanę, jako to on określił „tych przebrzydłych” Vijarów, która to sprzedawała trytońskie futra w dobrej cenie. Uwagę nasz świadek zwrócił szczególną na niską cenę za tak rzadkie dobro oraz co ważniejsze na paskudne, jako to u parchów, wybroczyny na Vijarskiej skórze części oszustów. Już wtedy przy monumencie Sigurda złożono pierwsze ofiary coby parchy Vijarskie odpędził. Dnia 15 po wielkich roztopach czyli po siedmiu dniach jak rzece pismo, w mieście pierwsi obywatele zalegli w domach i na dziwną niemoc zapadli. Dziecięta marły w kojcach, a starzy z czarną skórą z ogromną boleścią nawet i kilka dni walczyli.
Anszanat Bahramidów
Znajduje się on w zachodniej części Imperiusa pomiędzy wyżynami i górami. Na terenie Anszanatu przeważają surowe wyżyny zamieszkiwane przez częściowo koczownicze plemiona Medów. Elamici zamieszkują głównie żyzne doliny rzecznych, gdzie usytuowanych jest najwięcej miast. Na wyżynach brak jest żyznej ziemi, więc ludzie je zamieszkujący zajmują się głównie wypasem koni, owiec i wielbłądów
W czasie podobnym, co zdarzenie w Brattah na terenie Karii na dalekim zachodzie od szanownego Arediusza prowadzącego zakład kuśnierski oto zaświadczenie uzyskaliśmy. W roku pańskim, 1195 gdy monsunowy wiatr dopiero zaczął dąć, do zakładu dostarczono różne skóry, co to sprowadzono z egzotycznych krain. W następnech dniach zaczęło braknąć pomocników, co to przy maszynach pracowali, bo w łóżkach wszescy zalegli. Po spytkowaniu chorych wynikło, iż każden się tych egzotycznych futer dotykał. Futra te mogły być zakupione od Vijarów, co to obwoźny handel czynią.
Pierwsze te świadczenia zebrane wskazują na początek plagyji na pierwsze miesiące 1195 roku i wystąpienie poza endemicznym rejonem, na dalekim zachodzie i zawleczone przez Vijarów na skórach. W dalszej części nasi bracia opisali przebieg z początków przejścia plugastwa przez Imperiusa.
![]() Księstwo Grategon
Księstwo Grategon otoczone jest od zachodu przez Morze Wewnętrzne, od północy przez mroźne pustkowia i ziemie Braniborczyków, od wschodu przez jeziora, wyżyny i wiele państw, a od południa graniczy z Cesarstwem Ussury. Topografia księstwa składa się głównie z nizin dość żyznych, ale zimnych. Na północy grategończycy zajmują się głównie hodowlą koni i wypasem owiec, a na południu w cieplejszym klimacie rosną połacie zboża. W Księstwie pierwsze informacje o zachorowaniach w sąsiednich krainach dotarły pod koniec wiosny 1195 roku i zadecydowano o zamknięciu granic dla obcokrajowców i handlarzy. Krok ten niestety poczyniono zbyt późno, gdyż już po kilku dniach z całego kraju zaczęły docierać informacje o, wielu, którzy z czarną skórą i z bąblami przychodzić zaczęli do znachorów i cyrulików. Wiele wody upłynęło w rzekach nim wszystkie ciała zakopano lub spalono po tej strasznej epidemii. Sławomir z Łęcznej poświadcza, iż na własne oczy widział jakoby jego sąsiad Leszko rozerwanyj na czworo przez buchające bomble na swym łożu skonał. Jego dziewka z dzieciętami z żalu i z obawy przed tonże samą śmiercią w studni się utopiły. Cesarstwo Varangardu
Położone nad malowniczą zatoką Varandzką Cesarstwo zajmuje głównie nizinne ziemie na około dużego akwenu wodnego. Rolnictwo jest bardzo rozwinięte i skupione na uprawie ziemniaków, cebuli i buraków. Mimo posiadania tak dużego pasa nadbrzeża rybołówstwem zajmuje się niewielu, tłumaczyć to może fakt, iż tutejsze ryby mają smak błota.
Albin var Bgurr szlachcic z Zachodniej Marchii przedstawił sprawę następująco. Dnia 10 wiosny 1195 roku ery Tiberiusa przez me ziemie ujechały wozy Vijarów by w pobliskich miastach i miasteczkach sprzedawać dobra z nieznanych źródeł. Sam nie pochwalałem tego i kazałem przepędzać z naszej krainy albo, choć podwyższyć opłaty handlowe dla nich. Niestety w dniu 10 po tej wizytacji mój stajenny wraz z rodziną, co to bliscy mi byli, na zarazę, jaką zapadli. Oczy ich się pozapadały, skóra napięła i dziwnej czarnawej barwy przybrała kolor. Po tym wydarzeniu przestałem ich widywać z obawy o własne zdrowie. Wonnymi olejkami ubrania nasączałem i zioła kazałem wywiesić we wszystkich domostwach. Nasz umiłowany Cesarz Belisarius var Graff w dobie kryzysu narodowego nakazał nie wpuszczać zepsutego powietrza do izb i pić przegotowaną wodę tylko. Te dwie rzeczy oraz olejki i zioła życie nasze uratowały. Plaga ta zebrała potężne żniwo i nawet, co dziesiąty w cesarstwie zaległ w grobie od tego.
![]() Sułtanat Raszimu
Zajmuje tereny pustynne i półpustynne oraz bogate tereny zalewowe wielkiej rzeki. Od południa otoczony przez gorące niegościnne piaski, a od północnego-wschodu przez ciepłe morze. Codzienna bryza oraz regularne wylewy rzeki stanowią o wielkim urodzaju ziem położonych bezpośrednio przy rzece. Rolnictwo jest nadzwyczaj rozwinięte i bardzo skupione przy miastach. Rybołówstwo przeważa nad morzem, ale też nad rzekami. Okoliczne tereny są bogate w zwierzynę, choć polowanie na nie nie należy do łatwych i bezpiecznych.
Bashir z Asfan z zawodu pilnuje doków coby żadnych dóbr nikt obcy nie zagarnął. Bashir pisemnie oświadczył, iż w dniach przesilenia letniego w okolicach portu Durquba wszędzie wyległy na drogi konające szczury, pokazując jak wiele tego szczurzego pomiotu mieszka w naszych miastach. Sprzątający truchła po jakimś czasie zaczęli niedomagać, a także ich rodziny w straszne gorączki weszły. Całe rodziny zachorowały i nikt domostw nie opuszczał. Na skórach chorych pojawiały się ciemniejsze plamy i bąble. Po tygodniu co trzeci był zakopywany w piaskach lub wyrzucany do portowej wody.
Związek Kanaanejski
W całości położony na terenach pustynnych południa Imperiusa okalających Ocean. Klimat gorący i suchy, jedynie bryza znad oceanu dostarcza trochę wilgoci w te okolice. Rolnictwo skupione jest wokół niewielu oaz, w których uprawia się daktyle, banany, oliwki i owoce cytrusowe. Główny nacisk położony jest na rybołówstwo oraz myślistwo. W wodach przybrzeżnych pływają ogromne ilości egzotycznych ryb oraz także ogromne ryby nazywane lewiatanami.
Mellisa dumna kobieta z kupieckiej rodziny z wyspy Karchedon, która doglądała sprawunków na kontynencie zeznała, iż gdy postawiła swą stopę w porcie już wiedziała, że coś złego się dzieje. W dziesiątym dniu po tym, gdy słońce stoi najwyżej na nieboskłonie szanowna Mellisa dotarła do miejsca docelowego i zaraz po tym nałożono blokadę na port i wstrzymano wszystkie statki przed wpłynięciem i zakazano wypływać w morze. Powodem tego był statek, co to z zachodu przypłynął i trzy dni stał w zacumowany w porcie nim, ktoś się zainteresował, czemu nikt się blisko nie kręci. Po inspekcji widać było ślady szabrowników, którzy nawet z czarnych palców pierścionki zdejmowali. Na statku, co to zowie się Esmeralda same ciała znaleziono i wszystkie czarne. Świadkowie twierdzili, że wpłynął on do portu i ktoś go zacumował, nawet opłaty odpowiednie wniósł i nikt go od tej pory nie widział. Orzeczono, że to straszne czary zabiły załogę i całą winę zrzucono na kapitana, który czarownikiem jest na pewno.
Despotat Charizmatikos
Charizmowie zamieszkują półwysep Autla oraz wyspę Korva znajdujące się w centralnej części Imperiusa. Przeważającą część lądu zajmują tereny nizinne porośnięte lasami iglastymi i liściastymi, które zostały częściowo wykarczowane w celu rozwinięcia gospodarki rolnej. Z uwagi na klimat umiarkowany z ciepłymi powiewami z nad oceanu z południa sadzone są tu gaje oliwne, winne pnącza i krzewy morwy. Piękne lasy i równiny zachęcają do myślistwa, a zwierzyny łownej jest tu dostatek.
Lucius Annaeus Seneca z miasta Kasterianos jeden z niższych urzędników odpowiadający za pobieranie dziesięciny na granicy opowiedział, że w dniach poprzedzających narodzenie jego pierworodnego latem roku 1195, przyjechała po głównym szlaku karawana złożona z wozów drewnianych w ilości 25 zgodnie z rejestrem, którego nam przedstawić nie może, gdyż jest to dokument państwowy. Zgodnie z tym dokumentem na 25 wozach przebywało 79 zadeklarowanych Vijarów, którzy wieźli z zachodu różne towary na wymianę i sprzedaż. W wykazie dóbr do oclenia znalazło się 34 worki z ziemniakiem, 51 worków ze zbożem, 102 sztuki glinianych naczyń z napojami alkoholowymi nieznanego pochodzenia (bez pieczęci) oraz 80 sztuk różnych futer i skór. Po pobraniu opłaty w wysokości 14,5 srebrnych monet wpuszczono karawanę.
Królestwo Castiglione
Królestwo położone jest nad Morzem Śródziemnym i zajmuje półwysep Tijuana oraz tereny ochraniane górami na północy i zachodzie w centralnej części Imperiusa. Panuje tu klimat śródziemnomorski i idealne warunki do odpoczynku nad pięknym, ciepłym morzem oraz do aktywnego spędzania czasu wśród wiecznie śnieżnych górskich szczytów. Tereny są zróżnicowane i tak: góry obfitują w metale szlachetne oraz żelazo i węgiel, na licznych wyżynach rosną gęste lasy, w których mieszka liczna zwierzyna, a na nizinach uprawia się oliwki, winorośl i owoce cytrusowe.
Tutaj epidemia zawitała pod koniec lata w czasie, gdy znad morza napłynęły nieprzerwane deszcze. Carlos Domingos był cyrulikiem w mieście El paso w prowincji Albenga do końca 1196 roku gdzie zmarł. Zajmował się on chorymi w trakcie epidemii w latach 1195/1196 i sam przebył tę chorobę. Z jego dokładnej pisemnej relacji wynika, iż wielokrotnie był narażony na zarażenie przez kontakty z pacjentami i ich wydzielinami. Pierwszym objawem była potliwość i gorączka, by później przejść w wybroczyny skórne w postaci ciemnych plam, które potrafiły dojrzeć i zamienić się w bąble. Stąd też wzięła się potoczna nazwa tej przypadłości, czyli bąblowica. W końcowej części rękopisu Carlos wskazuje na powrót gorączek i pierwsze omamy słuchowe i wzrokowe, co potwierdza zakończenie pisania i brak dalszych notatek.
Królestwo Braniborii
Znajduje się na zimnych północnych terenach centralnego Imperiusa. Cały teren królestwa porośnięty jest puszczą, podobno, w której żyją mityczne stworzenia. Braniboria bywa nazywana państwem tysiąca jezior, ale nie tylko ilość ich jest duża, ale także wielkość, gdyż znajdują się tu największe i najgłębsze jeziora w całym Imperiusie. Chłopi walczą o każdą morgę ziemi wydzierając go puszczy i przez ostatnie lata sukcesywnie puszcza zmienia się w ziemie uprawne. Z uwagi na to, że tereny Braniborii są nawiedzane przez zimne zimy oraz bardzo ciepłe lata, to stąd pochodzą najlepsze owoce twarde i miękkie.
Mieszko z Kujawi, pan na włościach Gopłowskich, jako jedyny z 14 osobowej rodziny przeżył plagę, która nawiedziła te tereny na jesieni, gdy liście kasztanów się złocą roku pańskiego 1195. W roku tym gryzoniów było nad wyraz wiele zapewne spowodowane to było bardzo dobrym rokiem i urodzajem, przez, który część plonów została na polach, na których żerowały ptaki, dziczyzna i gryzonie. Wszystko zaczęło się od wylegiwania szczurów takich podtrutych na drogi i do domów. Mimo ciągłej pracy i sprzątania trucheł końca widać nie było, a 7 dni ciągiem zbierano i palono zdechłe zwierzaki, a smród był okropny. W niedługim czasie po tym, gdy już większość szczurów spalono, chłopi i mieszczanie z niższych stanów, co się tym fachem trudnili, poczęło chorować i wszyscy w domach zalegli. Niestety dolegliwości nie ominęły też szlachty i tak jak u pana Mieszka z Kujawi zakończyło się to pochowaniem żony i tuzina dzieci.
Królestwo Djodoarów
Tu mieszkają wybrańcy bogów – tak można zrozumieć podejście do obcych przez Djodoarów. Kraj ten jest niejako na odwrót położony, gdyż na północy przy zimnym morzu znajdują się wysokie klify i góry, które prosto do wody spadają, a czym bardziej na południe tym bardziej płaski teren się rozpoczyna. Na półwyspie otoczonym wielkim jeziorem znajduje się dumna stolica Sefisauthike. Na dalekiej północy znajdują się dwie zimne wyspy, które także należą do królestwa. Zimy są tu długie, wiosny krótkie, ale piękne, lato zawsze gorące i długie, a jesień trwa tylko miesiąc. Lud ten wykorzystuje pracę niewolników w polu, w górnictwie i do służby.
Kjegeno Diakauza z Fraidaufrathike nadzorujący niewolników na posiadłości Państwa Krichbrakt za wielką rzeką opisał swe doświadczenia w liście do swego krewnego. Gdy lato poczęło się kończyć, a dni już krótsze były, niewolnicy na zachodniej plantacji zaczęli wolniej pracować. Dnia następnego po ich zbiczowaniu i dla przykładu jeszcze, co dziesiąty dostał za niewinność, jeden po drugim się kładli i słabli. Dostali wody i do końca dnia mogli odpocząć lenie śmierdzące, ale dnia następnego już mi prawie połowa udawała, że też chora. Ci symulanci dostali po 20 mokrych batów, co uzdrowiło pozostałych na cały następny dzień. Niestety w kolejnych dniach trzeba było zakopać 18 niewolników, a później następnych 40. Straty są duże i ciężko wszystko obrobić, ale pozostali będą musieli wyrobić 200% normy.
![]() Królestwo Còirdìlaes
Ziemie królestwa położone są w północnej części centrum Imperiusa i obejmują północne wysokie fiordy jak i wyżyny na południu. W tym górzystym kraju na najwyższych szczytach cały rok śnieg leży, a w zielonych dolinach południa mrozu można nie uświadczyć. Ludowi tu zamieszkującemu bliżej do dzikich zachodnich krain niż do centrum kontynentu, ale zarazem jest ludem bitnym, dumnym i otwartym na obcokrajowców. Roślinność jest bujna i zróżnicowana piętrowo – od roślinności wysokogórskiej i łąk poprzez lasy świerkowo-jodłowe i zarośla rododendronów, aż do roślinności subtropikalnej w głębi dolin, z występowaniem dużych paproci i zarośli bambusa.
Od ludzi z Dinnet w Crathie, gdzie największe plaga poczyniła szkody, usłyszano, co następuje. W roku 1195 i 1196 miasto Dinnet wyniszczyło morowe powietrze zabierając prawie czwartą część mieszkańców i na dwa lata wstrzymało życie w tym pięknym mieście. Targowiska pozamykane były, ludzie pola nie obrobili, a i nawet bogaci po zamkach siedzieli. Część prostych ludzi z obawy przed rychłą śmiercią biczować się zaczęła i tak biczownikami nazwani chodzili od miasta do miasta. Byli też i tacy, co do boga się zwrócili i żarliwie modlić się poczęli. Plaga nie wybierała i równo jak kosa szła przez bogatych i biednych uśmiercając dziadów i dziatki.
Liga z Elis i Księstwo Andern
Jest to państwo położone na wyspach i u wybrzeży morza na nizinach w centralnej części Imperiusa. Klimat panuje tam ciepły i wilgotny powodując, że przez cały rok zbierane są tam plony z upraw warzywnych. Z uwagi na dobre warunki sadzone są tu kilkuset letnie gaje oliwne, sady pomarańczowe i mandarynkowe oraz różnorodne warzywa, takie jak pomidory, których w żadnym innym rejonie nie uświadczysz.
Nasi przedstawiciele dłużej tu zabawili/przytyli i zebrali sporo ciekawych informacji, choć pamięć po poległych wciąż jest żywa. Nadal widać opuszczone domostwa oraz ślady wielkich palenisk, w których pozbywano się ciał zmarłych. Ciekawostką jest fakt, że na wyspy epidemia nie dotarła, zapewne z powodu mocnych wiatrów dących z zachodu i szybkiej blokady portów. Spotkaliśmy się z kilkoma pochorowańcami, co to odratowali się cudownie po pladze. Powiedzieli oni, że najpierw gorączki dostali, a później duszności strasznych i oddychać nie mogli. Jednemu z nich znachor uratował życie odcinając mu 7 palcy u rąk i wszystkie u nóg oraz nos. Na rany nałożył ziół tajemnych i modlitwy odmawiał do Najwyższego. Drugi jest miłośnikiem napojów wysokoprocentowych, którymi się leczył przez cały okres choroby. Po wywiadach nie znaleziono wspólnych cech, które by nam pomogły w sporządzeniu antidotum.
Korona Królestwa Elyrii
Znajduje się we wschodnio-centralnej części Imperiusa na półwyspie Elyria otoczonym morzami Nowego Początku i morzem Bremne. Nie ma chyba osoby, która by nie słyszała o złotych piaskach Elyrii? Wszystkie bajki są prawdziwe, otóż przez całe państwo przy wybrzeżu ciągnie się plaża o cudownym, drobnym, złotym lub srebrnym piasku. Same plaże są tak szerokie, że po odpływie sięgają horyzontu, ale przypływ jest gwałtowny i bywa niebezpieczny dla poławiaczy muszel i pereł lub gapowiczów. Piękne plaże i mnogość fauny morskiej to nie wszystko, gdyż niezwykle ciepły klimat pozwala tu na uprawę egzotycznych owoców takich jak kokosy i daktyle. W głębi lądu znajdują się mokre gęste lasy przechodzące w dżunglę i bagna.
Na całe szczęście dla Elyrijczyków plaga prawie ominęła cały kraj, gdyż jedynie kilkuset ludzi zachorowało i to tylko na północy w Badb Catha. Byli to kupcy oraz ich rodziny. Z uzyskanych informacji wynika, iż byli oni na zachodzie i stamtąd mogli przywlec tę chorobę. Inni za to twierdzą jakoby na tamtych spadła kara boska za kontakty z innowiercami, jakich mieli się dopuścić podczas podróży. Ciała zakopano i nie zezwolono nam na ich odkopanie i obejrzenie w celach naukowych.
Księstwo Annarietta
Ziemie księstwa znajdują się w centralnej części kontynentu w dolinie pomiędzy trzema największymi masywami górskimi Imperiusa. Jest to kraina uważana przez wszystkich za bajkową, wiecznie rozbawioną, której nikt nie bierze na poważnie. Słynie z produkcji najlepszych i najdroższych win eksportowanych do wszystkich krajów. Winnice są umiejscowione na zboczach górskich i dzięki glebie wulkanicznej oraz specyficznemu mikroklimatowi osiągają one duże zbiory o niezwykłej jakości. W dolinach rosną całe hektary ziół i lawendy, które są wykorzystywane przez miejscową ludność praktycznie do wszystkiego od przyprawiania potraw do ozdób i ziołolecznictwa.
Annarietta przeżyła krótką epidemię trwającą raptem 3 pierwsze miesiące 1197 roku. Zgodnie z dokumentami spisowymi zginął wtedy, co 9 mieszkaniec księstwa powodując zastój w pracach i paraliż całego państwa trwający nieprzerwanie do końca 1198 roku, kiedy to z powrotem zaczęto eksportować wina. Z dokumentacji wynika, iż wiosna 1197 roku, podczas której nastąpiły zachorowania była bardzo mokra i ciepła, przez co mogło to wpłynąć na rozwój zgniłego powietrza, które jak wiemy roznosi choroby. Tak krótki czas trwania epidemii zgodnie z przyjętym przez tutejszych astrologów rozumowaniem, wynikał z zaleceń władcy Hareoona I, który nakazał wszystkim obywatelom kąpać się w rzekach i strumieniach, wieszać lawendę w obejściach oraz wypić całe zapasy wina, co po piwniczkach pochowane były.
![]() ÆIR DINN
Wszelkie kroniki opisują bardzo dokładnie to położone nad morzem północnym na wschodzie Imperiusa państwo, jako bardzo zróżnicowane i pod względem geografii jak i klimatu. Pewna ludowa legenda mówi o tym, że tereny zajmowane przez Aeirdińczyków to śpiąca Pani Natury, która pewnego dnia się przebudzi i zadecyduje czy dobrze się nią opiekowali czy nie. Dlatego też pewnie gdzieś zawsze z tyłu głowy mieszkańcy mają, żeby dobrze uprawiać i nie niszczyć ukochanej dla nich ziemi. Kształt państwa na mapie niektórym prostym ludziom przypomina też inne rzeczy, których tu powtórzyć nie możemy, ale odbiega on znacząco od pięknej Pani Natury. Ach ci zawistni ludzie nawet piękne legendy potrafią zbrukać. Nad niewielkim jeziorem blisko jeziora Loc Luinn leży mała osada typowo nastawiona na rybołówstwo, która jest świadkiem horroru, jaki się tu rozegrał na przełomie 1196 i 1197 roku. Nikt z okolicznej ludności nie chce o tym rozmawiać, ale mimo wszystko kilka informacji udało nam się uzyskać. Otóż wiadomo, że pod koniec 1196 przez wioskę przejeżdżała karawana wozów Vijarów, którzy to zatrzymali się tu najprawdopodobniej z powodu uszkodzonej osi wozu. Liczba mieszkańców tej osady wynosiła około 100 osób plus „chwilowo” zatrzymani tu Vijarowie w liczbie około 50. Wiadomo, że po kilku dniach ludzie w osadzie poczęli źle się czuć i na zdrowie uskarżać. Z uwagi na informacje o pladze na zachodzie, lokalne władze zakazały opuszczania tej osady oraz nie wpuszczała tam nikogo, aż do końca 1198 roku. Dodatkowo spalono wszystkie łodzie, tak by jeziorem nie uciekano. Ułatwione zadanie to było, gdyż osada znajdowała się na niewielkim wcięciu ziemi w jezioro przez co można było tam wjechać tylko przez niewielki pas ziemi, chroniony w dzień i w nocy przez strażników z poleceniem strzelania by zabić, każdego uciekającego. Do tej pory miejsce to uznawane jest za przeklęte i nikt tu nie wchodzi, ale nam udało się tu spędzić kilka dni na badaniach. Z uwagi na stan zwłok nie było łatwo dociec powodu zgonów, ale dziwnym wydaje się fakt, że łodzi żadnych nie było w takiej osadzie, a w domach puste worki i żadnego śladu resztek jedzenia. ![]() Cesarstwo Tenku
Położone na najdalszych i największych wschodnich wyspach Imperiusa cesarstwo słynie z egzotyki zachowań oraz niezwykłego oddania Cesarzowi. Z uwagi na ciepły nadmorski klimat na większości pól uprawnych znajduje się ryż, który jest głównym składnikiem diety. Z ryżu produkowana jest woda ryżowa sake, która czasem porównywana bywa do mocnych, zachodnich trunków. W nadrzecznych miejscowościach najwięcej rośnie trzciny cukrowej, która służy do wyrobu słodkiego cukru. W górzystych rejonach rosną krzewy herbaciane, z których pozyskuje się liście, a z nich wytwarzany jest aromatyczny napar. Rejony nadmorskie słyną z polowań na gigantyczne ryby zwane wielorybami. Na te bestie wielkości kilkudziesięciu największych statków poluje cała flotylla, która używa do tego harpunów. Trudny dostęp do wysp oraz części lądowej Cesarstwa spowodował ograniczone rozprzestrzenianie plagi tylko w prowincji Minamoto. Miasto Mura zostało zdziesiątkowane przez ducha o tysiącach obliczach, czyli zapewne czarną plagę. W celu wytępienia i powstrzymania dalszego rozwoju choroby, w całym mieście zabito inwentarz zwierzęcy oraz wytępiono gryzonie i ptaki. Dodatkowo, stworzono dzielnicę Leprozorium, w której znajdowali się tylko chorzy. W taki sposób oddzielano ich od zdrowego społeczeństwa, co przyniosło wymierne korzyści w postaci zakończenia pojawiania się nowych zachorowań. Leprozorium do tej pory jest zamkniętą dzielnicą, która raz w roku jest podpalana. Gdy nie zostanie nic do podpalenia, ochotnicy mają zmyć ją morską wodą i zasypać solą. Republika Simandru
Otoczona przez wrogie mu cesarstwa republika zajmuje cały półwysep oraz część wysp, które kiedyś należały do Tenku. Gorący klimat oraz powszechne dżungle utrudniają życie, ale dzielni Simandrczycy walczą i z jednym i z drugim. Po pierwsze wszelkie miasta i osady znajdują się nad wodą, a po drugie karczują oni dżunglę na południu szybciej niż ona odrasta. Dlatego też posiadają oni duże plantacje kawy, herbaty oraz batatów, ryżu i sady mandarynkowe.
W północnej części republiki leży miasto Hot Pants, które jest położone w górskim rejonie nad jeziorem. Znane jest z gorących źródeł, które potrafią wystrzeliwać na wysokość koron drzew. Tradycyjnie w tychże źródłach wszyscy mieszkańcy piorą swoje ubrania oraz sami się kąpią codziennie! Jest to o tyle dziwne, że naukowcy są zgodni, że częste mycie skraca życia, a mycie się raz w miesiącu wystarcza i jest dobre dla naszego ducha. Hot Pants jest to jedyne miasto w okolicy, które nie zostało dotknięte przez choroby w 1197 roku. W całej republice w tym czasie szalała zaraza, a tam jak gdyby nigdy nic życie toczyło się normalnie. Z wywiadów z oficjelami miasta wynika, że nie robili oni nic ponadto, iż modlili się częściej i unikali kontaktu z obcymi. Niewiadomym jest, czemu miasto pozostało nienaruszone, mówi się, że to cud jest.
![]() Cesarstwo Ta’in
Cesarstwo Ta’in nie zezwoliło na pracę naukową na swoich terenach i zażądało meldunku w porcie, a później długiego oczekiwania na pozwolenie wejścia na tereny nas interesujące. Na nasze szczęście wysłaliśmy z ludów sąsiednich, w których panują inne zasady, poselstwa w naszym imieniu z przetłumaczonym tekstem prośby. Ponieważ większość z nich nie wróciła lub została wyrzucona, a czasem i niewpuszczona, to nie mamy pełne oglądu na sprawy tam zaszłe. Samo cesarstwo jest krajem wielkim i zajmuje sam północny wschód Imperiusa, a przynajmniej jego kontynentalną część. Z uwagi na ciepły klimat z mokrymi i długimi zimami najczęściej uprawia się tu drzewa owocowe takie jak wiśnie i czereśnie. Na cieplejszym południu można spotkać plantacje ryżu i maku. Z tego ostatniego wytwarza się smaczne i bardzo przyjemne mleczko, które używane jest w medycynie do leczenia wszelkiego rodzaju schorzeń. Ze strzępów informacji, które w plotkach i od handlarzy można było uzyskać wynika, że mniej więcej na początku roku 1196 na ziemiach Ta’inów pojawił się duch o tysiącu obliczach, który miał zabierać dusze niegodnym i umęczać ich ciała. Możliwym jest, iż była to ta sama plaga, lecz nadal oczekujemy na dalsze informacje. ![]() Tlahtoloyan Xotlatlahqui
Jest to jedno z najbardziej egzotycznych państw w całym Imperiusie. Znajduje się ono pośród najdzikszych i najgęstszych dżungli kontynentu. Wejście na tereny zajmowane przez ten lud grozi śmiercią i to nie tylko z ręki nie ufnych rządzących tym krajem kobiet, ale przede wszystkim z powodu gorąca, wilgoci i jadowitych węży. Podobno wielu podróżników, którzy przeżyli te wszystkie zagrożenia zmarło z powodu braku wody i jedzenia. Dziwny to kraj i nikt z nas tam nogi nie postawił z obawy przed stratą życia, ale w niedalekiej przyszłości planujemy wielką wyprawę w celu udowodnienia niedowiarkom, że złote miasto istnieje i jest schowane w dżungli. ![]() Basilea Ton Aeoton
Basileopolis stolica tego wyspiarskiego państwa jest klejnotem w koronie i największym miastem całego Imperiusa. Wyspy są gęsto zaludnione i z tego powodu brakuje tu miejsca i żyznej gleby do uprawy roli. Dlatego też mieszkańcy trudnią się głównie rybołówstwem, górnictwem, handlem oraz są rzemieślnikami. Na wyspach mimo wszystko uprawia się trochę owoców oraz hoduje kozy i owce, z których mleka wyrabiane są znane wszystkim sery. Na szczęście dla Basileopolis epidemia ominęła ją i jedynie na kilku wyspach odnotowano przypadki zawleczenia czarnej plagi. Mimo uniknięcia start w ludności z powodu choroby, to te lata były najgorsze w całym stuleciu z powodu zakazu handlu obowiązującego w większości krain. Także niewielu żeglarzy było chętnych ryzykować życiem dla pieniędzy. Wszystko się zmieniło, gdy nadszedł głód na wyspy, a szczególnie do stolicy, która była uzależniona od importu żywności z kontynentu. Gdy głód zajrzał w oczy mieszkańcom, to zwiększyła się liczba statków widmo, które wbrew oficjalnym zakazom, a z przyzwoleniem Basileosa, kupowały bardzo drogą żywność i przywoziły na wyspy. Odbywało się to w sposób niezwykły, gdyż po powrocie żaden ze statków nie mógł zacumować póki nie przeprowadzono jego kontroli oraz nie odczekał 4 dni w porcie by go ponownie skontrolować. Zdarzało się, że chorych wyrzucano za burtę, ale ponowna inspekcja wykazywała braki w załodze i nakazywała zawrócenie. Podobno zdarza się, że niektóre z tych statków do tej pory pływają. ![]() Wszystkiem nie doszlim do porozumienia czymże jest to Czarne plugastwo, ale z nas większość umyśliła na podstawie zebranych wywiadów i dowodów, że jest to choroba z morowego powietrza wynikła i zaczynek swój ma u Vijarów, co to ją hodowali i przynieśli z dzikich ostępów północnych. Zwiastować to paskudne zdarzenie miała astronomiczna koniunkcja Marsa, Saturna i Księżyca, która to spowodowała wystąpienie tej plagi.
Niektórzy z nas jednak inną teorię mają i z szacunku dla nich oto ona: Czarne plugastwo to choroba, co to niewidoczna jest i rozsiewa się przez dotyk i powietrze. Vijarowie zapewne przenieśli ją z dalekich ostępów północnych na futrach i skórach być może z padłej zwierzyny. Na tych futrach mogły być wrednotki, co to krew spijają ze zwierzyny i z ludzi, które złą krew spiły z jakiegoś zwierza i zaraziły nią innych. Te szczury, co to ze statków wyszły i masowo powyzdychały to mogły tę chorobę roznosić pomiędzy swoim rodzajem jak i na ludzi. Gdy Vijarowie jeździli po krajach północnych i zachodnich roznosząc chorobę sami jak i poprzez pluskwy i skóry, to w tym samym czasie szczury, w tym te przenoszone na statkach, po całym Imperiusie się rozpierzchły.
![]() Zgodnie z badaniami pierwsze objawy mogą się pojawić już po dniu i wśród nich najczęściej pojawiała się wysoka gorączka, poty, dreszcze, bóle głowy i wielkie osłabienie.
W dniach następnych pojawiają się najpierw boleści szyi, czarnienie końcówek palców nóg, rąk i nosa, a pod koniec gnicie zaczernionych miejsc i trupi zapach.
Okłady z ziół, nacieranie olejkami i przetaczanie koziej krwi nie pomagały. Wierzący podobno wydobrzeli i na złych bogów winę zrzucili.
![]() Ostatniego dnia roku 1199 w nocy na niebie od strony północnej astronomowie zobaczyli wielką kometę, która się o naszą ziemię prawie otarła i wielki warkocz ognisty za sobą niosła. Wszyscy są zgodni, że oznaczało to, iż plaga, która tyle narodów prześladowała przez ostatnie lata, się zakończyła i nastał nowy porządek. Przed nami otwiera się nowy rozdział historii Imperiusa, ponownie odżyją dwory, sale balowe się wypełnią, rozpoczną się intrygi, wojska wyruszą ze swych koszar, matki ostatni raz pożegnają swoich synów i statki handlowe ponownie rozwiną swoje żagle i zawitają do egzotycznych portów.
RE: Wydarzenia - Gacek - 18-Jan-2019 Lud Varangów
1202 rok ![]() Ślub wodza Varangów Magnusa z Azarmidokht, siostrą Anszana Bahrama V z pewnością był jednym z ważniejszych wydarzeń w zachodniej części świata na przestrzeni ostatnich lat. Dla władców tego regionu był to ważny politycznie mariaż, przybliżający do siebie dwoje silnych sąsiadów, jakimi są władztwo Magnusa oraz Anszanat Bahramidów - państwa rozciągnięte wzdłuż zachodniej krawędzi zamieszkałego świata, rozległe i liczące się w regionie. Dla poetów, wierszokletów, pieśniarzy i twórców najróżniejszych gatunków była to okazja do popisania się swym talentem - czy to wychwalając wdzięki pięknej panny młodej, czy to w pocie czoła sławiąc i potwierdzając przydomek Mądrego, jakim niekiedy obdarza się młodego Magnusa. Minstrele znów mogli zaśpiewać stare miłosne ballady, zręcznie podmieniając imiona małżonków na adekwatne, a plejady dworaków mogły wkradać się w łaski monarchów komplementami wobec ich przymiotów, dopasowania, gustów lub upodobań. Nawet prosty lud, którego raczej średnio obchodzi, kto tam się żeni ze sobą spośród władców, wspomnieć może wydarzenie, jakim był ślub, z pewną nostalgią. A może nawet nie tyle sam ślub, co towarzyszące mu zabawy. Te były bowiem zaiste huczne i zaplanowane z rozmachem. Plotki i żarty krążą, iż cały klan Ondottów Sumarlidottirów rozesłany został po świecie, w dużej mierze ginąc bez wieści by nigdy nie powrócić, w celu rozniesienia wieści o wydarzeniu, na które przybyli liczni zagraniczni goście. Nie zabrakło wśród nich przedstawicieli sąsiednich krain - rajców z Vela Luki, możnych panów z Symeonem Juszczem na czele z Księstwa Grategonu, możnowładców z Braniborii, przedstawicieli sułtana Raszimu i wielu innych. Sensacje wzbudziło paru zbłąkanych przedstawicieli krain tak odległych jak Republika Simandaru czy Cesarstwo Tenku. Za wiele setek lat pokolenia historyków będą spierać się o to, czy przybycie takich posłów było faktem, czy też należy zrzucić je na karb pomyłki lub fantazji ówczesnych kronikarzy. Podobnych kontrowersji nie budzi natomiast obecność delegacji Castiglione z Eugenio Silvio Nazarim na czele, ani też fakt przybycia tam Grahama Er'Ardheslaiq, brata króla Coirdilaes. Wszyscy oni brali udział w obchodach z okazji ślubu a także zabawach, na które nie szczędzono funduszy. Gwoździem programu było rzecz jasna wielkie polowanie, na którym wybrano się na wielkiego niedźwiedzia. Ogromne zwierzę tropiono i zaganiano przez wiele dni, a niejeden łowczy przypłacił tą zabawę możnych zdrowiem i życiem. W końcu jednak bestia zapędzona została pod ostrza możnowładców, którzy jeden po drugim zadawali jej bolesne rany, zacieśniając okrąg wokół niej. Finalnie bestia padła, przebita ostrzami i sztychami. Bohaterem polowania okrzyknięto Madama al-Alibabe, którego strzały naszpikowały jej grzbiet tak, że zaczął on przypominać jeża. Poza ogromnym niedźwiedziem, którego znawcy i miłośnicy polowań z ludu Varangów zaliczyli na poczet największych i nagroźniejszych tego gatunku zwierząt, jakie kiedykolwiek w tutejszych lasach wytropiono, łupem myśliwych padło także wiele zwierząt drobniejszego kalibru - od królików i zajęcy, na które wypuszczano psy, przez chwytane szponami łownych jastrzębi i sokołów drobne ptactwo, po sarny i dziki, niektóre nad wyraz okazałe. Było tego tak wiele, że nie było mowy o zjedzeniu nawet połowy upolowanej zwierzyny - po pobraniu stosownych trofeów przez łowców rozdawano więc ją okolicznemu chłopstwu, które dzięki temu mogło świętować przejazd ogromnego korowodu nie tylko na rozkaz, ale też ze szczerego serca, zawdzięczając mu pełny żołądek i zapełnioną po brzegi spiżarnie. Po przekroczeniu granicy Anszanatu rozrywki ustąpiły miejsca bardziej miejscowym, typowym dla lokalnych mieszkańców i arystokratów - zajeżdżano więc dziesiątki koni gnając w wyścigach po krętych i niebezpiecznych traktach, wyprzedzano się wzajemnie i zrzucano z koni na zakrętach, śmiejąc i prześcigając wzajemnie w popisach jeździeckich umiejętności. Wkrótce uczestnicy wesela dotarli do stolicy Anszanatu, gdzie odbył się uroczysty wjazd Magnusa do miasta, a także równie uroczyste i tradycyjne "porwanie" panny młodej Azarmidokht przez Magnusa. Następnie Magnus wraz z księżniczką udali się w podróż powrotną do Varg w celu zawarcia małżeństwa. Długą, powrotną podróż umiliły całemu orszakowi zabawy w siłowanie się i picie miodu do upadłego. Poskutkowały one ponoć więcej niż jednym wypadkiem śmiertelnym wśród uczestników, jako jednak iż nie było wśród nich głównych solenizantów, zgodnie uznano wesela za jak najbardziej udane. Radujmy się więc szczęściem nowej pary! Goście rozjechali się do domów w zgodzie i zdrowiu, a kto wie, ilu z nich wykorzystało okazję do przekazania listów od swych władców na ręce nowo ożenionego Magnusa czy któregoś z dostojników Anszana Bahrama. O ile jednak gros zwolenników Magnusa i okolicznych elit jest zgodnych co do sukcesu samego ślubu, o tyle wśród starszyzny Varangów da się słyszeć głosy krytyki. Związek Magnusa z Bahramidami z jednej strony zabezpiecza bowiem państwo przed zagrożeniem z południa, z drugiej jednak rosnące wpływy Anszanatu niepokoją niektórych varangijskich możnych - a już tym bardziej niepokój wśród co bardziej konserwatywnych części społeczeństwa budzi budowa vohanistycznej świątyni w stolicy ich państwa. Wśród Varangów nie ma kapłanów, którzy otwarcie protestowaliby przeciw takiemu działaniu - niemniej co bardziej gorliwi zwolennicy kultu przodków spode łba patrzą na takie szerzenie się obcego kultu na ich ziemiach. Kto wie, do czego może to prowadzić - czyżby Varangów miała czekać nowa, vohanistyczna era? A może planowana świątynia w Varg pozostanie tylko pustym symbolem związków między dwiema nacjami, pamiątką po hucznie obchodzonym weselu? Z pewnością takie myśli wcześniej czy później zaczną przewijać się przez głowę Mądrego Magnusa... Gdy tylko oderwie wzrok od wdzięków swej nowej małżonki. [indent]- Niewielki wzrost stabilności u Varangów i w Anszahacie - Część elit Varangów zaniepokojona rosnącymi wpływami Anszaha i Vohanizmu w ich państwie[/indent] RE: Wydarzenia - Gacek - 21-Jan-2019 Basilea, Ephyria, Wyspy Pretarskie (Elis)
1202 rok ![]() Według tradycji pierwsze igrzyska zorganizowane zostały w roku 344 w mieście Megara, aby uczcić odparcie przez sojusz polis aeckich najazdu Elamitów. Wzięli w nich udział sportowcy z kontynentalnych miast-państw Aetów, a same igrzyska obejmowały tylko trzy dyscypliny – bieg, rzut oszczepem i zapasy – co łatwo powiązać z faktem częstych wojen w jakie zaangażowane były wtedy polis. Zwyczaj organizowania zawodów sportowych jest jednak starszy od igrzysk megaryjskich – już wcześniej w poszczególnych miastach organizowane takowe wydarzenia, na które nierzadko zapraszano delegacje z zaprzyjaźnionych osad. W ciągu następnych lat igrzyska, które stopniowo stawały się wydarzeniem na skalę panaecką organizowane były jednak nieregularnie, w zależności od opinii wyroczni w Tejrezji i bieżących realiów politycznych. Na ich czas ogłaszany był święty pokój między zwaśnionymi polis, a same igrzyska znacząco wpłynęły na umocnienie się poczucia wspólnoty między Aetami. Koniec igrzyskom megaryjskom został położony w roku 421, gdy król elamickiego miasta Kisz, Eriszum najechał Megarę i zburzył miasto, mieszkańców sprzedając w niewolę. Tradycja odrodzona została w mieście Karinthos – gdzie w roku 492 zostały zorganizowane pierwsze Igrzyska Panfokkijskie, na które przybyli sportowcy ze wszystkich liczących się miast archipelagu. Niedługo potem podpisany został traktat, na mocy którego igrzyska organizowane miały być co cztery lata. Gospodarz wybierany był w losowaniu, a na czas igrzysk ogłaszano pokój. Choć w owym czasie większość polis na kontynencie została już zniszczona, podporządkowana obcym lub straciła na znaczeniu, to na igrzyska panfokkijskie cały czas przybywali przedstawiciele z tychże społeczności. Lista dyscyplin rozrosła się do ośmiu – kolejnymi stały się rzut dyskiem, strzał z procy, boks oraz konkurs na najlepszą komedię i tragedię – sprawiło to, że igrzyska trwały aż dziesięć dni. Podbój wysp fokijskich przez Kserksesa Zdobywcę niespodziewanie przyczynił się do wzrostu popularności idei igrzysk, poprzez swoiste zjednoczenie z braćmi z kontynentu. Wtedy to zorganizowano pierwsze igrzyska panaeckie, które miały się odbywać co dwanaście lat. Na pierwszych igrzyskach panaeckich do listy dyscyplin dołączone zostały walki gladiatorów (spopularyzowane poprzez wpływy tarkwinijskie) i popis recytatorski. Warto zaznaczyć, że pierwszy zwycięzca, który wygłosił wybitną w swej poetyckości mowę wyraźnie wymierzoną w króla królów prócz wieńca laurowego został również „nagrodzony” wyrokiem śmierci i musiał szybko salwować się ucieczką z imperium anszanidów. Ostatnimi dwiema dyscyplinami, które uzupełniły igrzyska stały się wyścigi zawody jeździeckie. Bezpośrednio zawdzięcza się to pierwszemu satrapie wysp fokijskich, który będąc Medem nie mógł obyć się bez swojej ulubionej rozrywki i nakazał budowę hipodromu w swojej stolicy – popularyzując wyścigi konne wśród Aetów. Po upadku imperium anszanidów, igrzyska zostały objęte patronatem przez basileusów, jednak w kolejnych wiekach wyraźnie podupadły w wyniku sporów między Związek Ephyrskim, a Basileią jak i chaosem na kontynencie i ostatecznym upadkiem większości pozostałych tam miast, które wchłonęło nowo powstałe Cesarstwo Varangardu. Nowy Basileus Aetów – Belisarios IV zdecydował się jednak przywrócić igrzyskom ich dawną chwałę, sprawiając aby raz jeszcze stały one igrzyskami prawdziwie panfokkijskimi. W tym celu do uczestnictwa zaproszeni zostali również sportowcy ze Związku Ephyrskiego jak i należących do Elis Wysp Pretarskich. Taki obrót wydarzeń do niedawna zdawałby zupełnie niewiarygodny ze względu na różnice religijne, polityczne i kulturowe, jednak ku powszechnemu zaskoczeniu – zarówno Związek jak i Liga zgodziły się uczestniczyć w igrzyskach. Jest to niewątpliwy znak ocieplenia do tej pory napiętych relacji między Basileą a Związkiem, który uzyskał niepodległość w wyniku wojny domowej niedługo po upadku imperium anszanidzkiego. Jeszcze przed rozpoczęciem się samych igrzysk, w Nikai podpisana została umowa Unii Fokkijskiej, regulującej sprawy handlu, granic jak i będącej deklaracją wzajemnej obrony. Było to o tyle zaskakujące, że tytanistyczna od początku swego istnienia trwała w opozycji wobec Królestwa Aetów… Kto wie, być może to początek nowej ery pokoju i stabilności na Wyspach Fokijskich? Już na wiele dni przed rozpoczęciem się igrzysk Nikaię wypełniły tysiące gości, licznie przybywających ze wszystkich zakątków archipelagu. Wokół miasta szybko wyrosło drugie – składające się z namiotów, jako że zajazdy i karczmy Nikai nie miały najmniejszych szans pomieścić wszystkich przybyszów. Wczesna jesień na Wyspach Fokijskich jest jednak łagodna i nawet jeśli komuś przyszło spać pod gołym niebem – nie było to wielką przeszkodą. Atmosfera w mieście przypominała radosny festyn – wino lało się obficie, a zabaw nie przerywano nawet nocą. A tam w grę wchodzi napój z winnego grona, tam często kończy się na rozbitych głowach i eskalacji konfliktów. Bójki między przybyszami ze Związku i miejscowymi na szczęście nie skończyły się na trupach, acz straż miejska musiała często rozdzielać zbyt krewkich walczących… Sportowcy przybyli licznie – delegacje z miast jak i zawodnicy z mniejszych miejscowości, chcący rozsławić imię zarówno swoje jak i swych rodzimych osad. Problem pojawił się już pierwszego dnia – gdy zgodnie z tradycją miano rozpalić poświęcony Ormuzdowi znicz jak i złożyć przed nim przysięgę uczciwej rywalizacji. Oczywistym było to, że wywołało to gorący sprzeciw zarówno adronistów z Elis jak i tytanistów z Ephyrii i doprowadziło do poważnego kryzysu. Sytuacja zaczęła się (nomen omen) zaogniać, grożąc zerwaniem igrzysk jeszcze ich pierwszego dnia. Znaleziono jednak rozwiązanie kompromisowe i zdecydowano się na rozpalenie ognia na pospiesznie wzniesionych ołtarzach miejscowych Aszów (którzy byli również czczeni jako Tytani) – Nike, patronki zwycięstwa i Temidy - tytanki kojarzonej z uczciwością. Adroniści zmuszeni byli przełknąć tą zniewagę, jednak pozwolono im na odprawienie niewielkiej ceremonii religijnej ku czci Diony i Lenei. To z kolei wywołało sprzeciw grupy mnichów vohanistycznych, uważających że pozwolenie na coś takiego zakrawa na świętokradztwo… Tak więc, choć kompromis był przez wszystkich uważany za zgniły, to z wielkim trudem, ale udało się jednak zażegnać kryzys. Zawodnicy pozdrowieni zostali przez samego basileusa, który przybył do Nikai aby osobiście przyglądać się zmaganiom. Zawody trwać miały przez następne dziesięć dni – a zabawy przerywano tylko po to, aby przyglądać się zmaganiom. Pierwszy dzień igrzysk otworzyć miały wyścigi rydwanów. Stary hipodrom Nikai od wielu lat popadał w ruinę – dzięki pieniądzom Belisariosa w iście ekspresowym tempie wybudowano nowy, którego długość wynosiła aż trzy stadiony! Specjalne podwyższenia i kamienne osłony miały chronić licznie zgromadzonych widzów przed wyrzucanym w powietrze pyłem i piachem jak również przed efektami niezwykle częstych w tym sporcie wypadków. Szesnaście rydwanów stanęło na linii startu, oczekując na sygnał do rozpoczęcia wyścigu – zaś na trybunach szybko dobijano ostatnie zakłady – wiele fortun miało tego dnia zmienić posiadaczy… W końcu opadła chorągiew – a rydwany ruszyły. Już na pierwszym zakręcie dojść miało do wypadku – rydwan miasta Karinthos nie wytrzymał obciążenia i najzwyczajniej w świecie rozpadł się na kawałki. Za interwencję Aszów uznano później fakt, że woźnica przeżył – ba, zdołał nawet o własnych siłach uciec z toru, nie zostając przy tym stratowanym. Więcej pecha miał jednak jadący tuż za nim zawodnik z Lakonii, który trafiony odłamkiem burty został nieomal zdekapitowany. Widownia zawyła zarówno ze zgrozy jak i ekscytacji – zawody zapowiadały się naprawdę ekscytująco. Podczas gdy słudzy pospiesznie zegnali konie z toru i zebrali trupa pechowego Lakończyka, reszta nie przerwała wyścigu – w pochodzącej z dalekiego zachodu dyscyplinie trup nie był uznawany za powód do przerwania wyścigu, a pozostałe po wypadkach szczątki były tylko dodatkową przeszkodą, czyniącą dyscyplinę bardziej nieprzewidywalną. Z kolejnymi okrążeniami liczba rydwanów stopniowo topniała (na szczęście Lakończyk był jedyną ofiarą śmiertelną, reszta wykpiła się najwyżej złamaniami). Ostatecznie w wyścigu pozostało dziesięciu zawodników – acz tak naprawdę liczyła się tylko dwójka – Klejstenes z Basileopolis i Tymon z Ephyrii. Balansujac na krawędzi wywrócenia się, obydwaj wchodzili w wyścigi w szaleńczy, brawurowy sposób. Ostatni zwrot okazał się być jednak zdradziecki dla Tymona – na jego drodze znalazły się resztki innego rydwanu. We wspaniałym manewrze zdołał je wyminąć… tracąc jednak cenny dystans do Klejstenesa, który jako pierwszy dotarł do mety. Zwycięzca tryumfalnie okrążył hipodrom, pozdrawiając obserwującego wyścig ze swej loży Belisariosa. Nietrudno było zauważyć tryumfalny uśmiech władcy, z pewnością zadowolonego z tego, że pierwsze zwycięstwo w igrzyskach i to w jednej z najbardziej prestiżowych dyscyplin należało do zawodnika ze stolicy… Następny dzień poświęcony miały być rozrywce bardziej duchowej – o laur zwycięzcy walczyć mieli komediopisarze. Jednocześnie odbywały się „eliminacje” do zawodów zapaśniczych, które będąc jednymi z najbardziej popularnych przyciągnęły ponad trzy setki zawodników, co wymagało uprzedniej selekcji kandydatów. Kto wie, czy zawody te nie okazały się być największym zaskoczeniem – zwycięzcą okazał się być bowiem Izokrates z Lakonii. Lakończycy nigdy nie uważani byli za zbyt wymownych, a czasem wręcz wyśmiewani w dowcipach jako osiłki i prostacy. Sztuka „czterech przeciw prefektowi”, opowiadająca o zemście grupy żebraków przeciw wyjątkowo antypatycznemu przełożonemu miejscowej straży, będąca przy tym parodią znanego i niezwykle heroicznego eposu „czterech przeciw Karinthos” zyskała sobie wielkie uznanie – a zwycięstwo w zawodach z pewnością rozsławi imię Izokratesa. Cały trzeci dzień poświęcono biegom – jednej z najstarszych i najbardziej szanowanych dyscyplin na igrzyskach. Tradycyjnie miano biegać w trzech kategoriach – na dystansie stadionu, dziesięciu stadionów i pięciu w pełnej zbroi hoplity, choć największym prestiżem cieszył się zwycięzca tego pierwszego biegu (i który uważany był za jednego z „dwunastu zwycięzców” igrzysk). W biegu – co najważniejsze we wszystkich trzech, zwyciężył Leonidas z Ephyrii – sztuka ta udała się wcześniej tylko nielicznym atletom, a imię biegacza z pewnością sławione będzie w licznych poematach. Na wieść o zwycięstwie strategos miał ogłosić, że z własnej kiesy wystawi on pomnik Leonidasowi w stolicy Związku. Czwarty dzień poświęcony był zapasom, czy też jak nazywają je Aeci – pankrationowi. Sport ten jest niezwykle brutalny – czasem zmagania kończyły się wręcz śmiercią pokonanego zawodnika, który nie był w stanie lub nie był skłonny poddać się. Sześćdziesięciu czterech zawodników zetrzeć się miało w sześciu rundach. Od początku jasnym był jednak, że zawody zdominowane są przez Gelona z Nikai. Ów, nazywany przez ziomków Gigantem, znany był ze swej monstrualnej siły – ponoć gdy nie mógł okiełznać upartego wołu, miał powalić go jednym ciosem pięści. Wszystkie swoje walki wygrywał bez najmniejszego trudu, a przeciwnicy mogli najwyżej wić się bezsilnie w uścisku jego ramion. Zwycięstwo Gelona wprawiło miejscowych w stan ekstazy – obnoszony był on po mieście niczym posąg Asza w procesji, a świętowanie jego zwycięstwa przeciągnęło się aż na następne trzy dni. Piątego dnia nastąpiła przerwa w igrzyskach – tego dnia miano raz jeszcze odprawić modły, w tym złożyć ofiarę z wołów – których dzięki hojności Belisariosa było aż tysiąc (a mięso rozdano między gości igrzysk). Tym razem na szczęście odbyło się bez większych incydentów – miejscowi byli bardziej zajęci świętowaniem zwycięstwa Gelona (i w większości całkowicie pijani), co skutecznie odciągnęło ich myśli od wszczynania burd – z kolei Ephyrczycy właśnie kończyli świętować miażdżące zwycięstwo biegacza Leonidasa… Szósty dzień poświęcono na wystawianie tragedii. Frekwencja była zauważalnie mniejsza niż dnia drugiego – wielu leczyło potężnego kaca, albo nadal świętowało zwycięstwo Gelona. Niemniej teatr nie świecił pustkami. Zwycięską sztuką był „Sofron”, opowiadający o ostatnim królu Megary i jego zmaganiach z nieuchronną zagładą miasta, przeklętego przez bogów z powodu morderstwa ojca, które popełnił Sofron, chcąc ochronić ukochaną przez niego Megarę przed szaleństwem i brutalnością swego rodziciela. Autor „Sofrona”, Herondas z Basileopolis jest znanym i niezwykle płodnym twórcą, który kilkukrotnie wygrywał już na lokalnych igrzyskach, a jego sztuki chętnie wystawianie są na całych Wyspach Fokijskich – niewielu więc zaskoczyło jego zwycięstwo. Siódmego dnia igrzysk odbyć miały się walki gladiatorów – ich tradycja przybyła na wyspy z Tarcvinium i z tego powodu darzone są zauważalnie mniejszym respektem niż wiele innych dyscyplin (choć nie można im odmówić lokalnej popularności). Czynnikiem wpływającym na niewielkie znaczenie pojedynków gladiatorskich mogły być ponadto ograniczenia wynikłe z czasu igrzysk – podczas gdy wielkie zawody gladiatorskie trwają kilka dni i obejmują również walki w parach, drużynowe czy inscenizowane bitwy o wspaniałej oprawie, walki na igrzyskach ograniczone są do pojedynków z wyraźnie ograniczonym wyborem uzbrojenia. Potyczki gladiatorów wzbudziły jednak spore zainteresowanie hazardzistów… z których wielu tego dnia doszczętnie się zrujnowało – powodem był niejaki Aratos z Argos, nie mężczyzna nawet, a młodzieniec ledwo, któremu większość wieszczyła porażkę w pierwszej walce, a może i śmierć. Ten jednak, choć niepozornego wzrostu i nędznej postury, przypominał węża który uderzał błyskawicznie, kompletnie zaskakując swych przeciwników. Zbrojny jedynie w krótką włócznie, uwijał się jak fryga, unikając kolejnych ciosów bez większego wysiłku. Nikt nie wiedział kim tak właściwie jest Aratos – nie był on znanym gladiatorem, a o Argos mało kto też słyszał poza mieszkańcami Nemei, gdzie się ono znajdowało. Aratos sprawności w walce miał nabrać jako pasterz na ziemiach szczególnie często nawiedzanych przez bandytów i górskie wilki – których to musiał odpędzać z bronią w ręku. Jeden po drugim, gladiatorzy z wielkich aren wysp musieli uznać jego wyższość, skrwawieni i pokonani, aż w końcu zwycięzcą został nikomu nieznany pasterz, na którego podróż do Nikei złożyli się wszyscy mieszkańcy Argos… Dnia ósmego rozgrywano dwie dyscypliny – o świcie odbywał się wyścig konny wokół murów miejskich, obserwowany z rzeczonych murów przez widzów. Wyścigi na końskim grzbiecie nigdy nie dorównywały popularnością zmaganiom rydwanów – być może ze względu na mniejszą liczbę ofiar i generalnie spokojniejszy przebieg zmagań. Zwyciężył Filon z Karinthos, co przybysze z tamtego miasta przyjęli ze zrozumieniem – w końcu posiadane przez niego zwierzęta sprowadzane były z najlepszych hodowli w Thesalii. Wieczorem odbywał się popis recytatorski – wygłaszano tu zarówno mowy poetyckie, fragmenty słynnych dzieł i jak i mowy czysto polityczne. Tradycja odbywania tego konkursu o zmroku wiązana jest z niefortunnym pierwszym jego zwycięzcą – późna pora ma zapewniać możliwość szybkiej ucieczki, na wypadek gdyby ktoś władny poczuł się urażony szczególnie napastliwą mową. Tym razem obyć się miało jednak bez takowego incydentu – mówcy byli nader wyważeni, a pochodzący z Dodory w Ephyrii zwycięzca, Filetas zwyciężył dzięki mowie sławiącej jedność Aetów i ich wyższość nad barbarzyńcami z kontynentu. Dnia dziewiątego odbywać się miały zawody bokserskie. Gelon w niespodziewanym akcie „łaski” ogłosił, że nie będzie startował w tych zmaganiach, jednak wielu zawodników nie do końca mu dowierzając postanowiło nie ryzykować – a więc już i tak marginalizowana prze zapasy dyscyplina wypadła raczej słabo – choć zapału tym, którzy zdecydowali się do niej przystąpił nie można było odmówić. Ostatni pojedynek odbył się między zawodnikami z Karinthos i Lakonii. Walka trwała wiele minut – żaden z walczących nie zamierzał odpuścić, choć obydwaj ledwo trzymali się na nogach. W końcu, desperackim ciosem, Bion z Karinthos powalił swego rywala - jak się miało jednak później okazać cios był śmiertelny, a Lakończyk nie odzyskawszy przytomności zmarł po kilku dniach. Zawody z trzech poprzednich dni zawsze traktowane były jako mniej znaczące – jednak ostatniego dnia odbywały się rzut oszczepem, dyskiem i strzał procą. Zamykająca igrzyska triada była traktowana na równi z biegami czy zapasami. Zwycięzcą rzutu dyskiem był Nonnos z Karynthii – jego zwycięstwo oznaczało, że Karynthyjczycy zwyciężyli aż w trzech dyscyplinach – bijąc pod tym względem Basileopolis. Rzut oszczepem pozwolił na zrehabilitowanie się przybyszom z Elis – Tulius z Portus Itius nie tylko zwyciężył, ale i pobił dotychczas zapisane w annałach rekordy rzutu – tym samym z nawiązką broniąc honoru swojego miasta jak i kraju, któremu niebezpiecznie groziła kompromitacja. Pozostały już tylko zawody w strzale z procy. Początkowo myślano, że skończą się one względnie szybko – jednak choć większość zawodników szybko odpadła ze zmagań, kilku pozostałych bezbłędnie trafiało do coraz dalszych celów. Wśród nich był niejaki Karius z Arkadii na Wyspach Pretarskich, który do Nikai przybył czysto przypadkowo – statek na którym pracował zagnała do portu burza i zmuszony został do dłuższego postoju celem dokonania napraw. Gdy zwycięzca został zapytany o to jak nauczyć się tak celnie strzelać, odpowiedział że nie robił tego od dziesięciu lat – gdy jako młody człowiek polował na króliki, a na zawody zapisał się z nudów… Gdy zawody skończyły się, a zwycięzcy zostali udekorowani wieńcami (jak i obdarzeni hojnymi nagrodami ufundowanymi przez basileusa) nastał czas podsumować. Nie było dla nikogo zaskoczeniem, że sportowcy z Basilei zwyciężyli w siedmiu z dwunastu konkurencji – jednak niejakie zaskoczenie wzbudził fakt, że Elisczycy mimo skromnej reprezentacji odnieśli sukces aż w dwóch i to prestiżowych zawodach. Zadowoleni mogą być również Ephyrczycy, którzy zapewnili sobie zwycięstwo w trzech konkurencjach – w tym w najważniejszej z nich – biegu (choć Lakończycy sarkają na to, że nie wygrał żaden z ich atletów, a pisarz… choć Lakończycy znani są z tego że z reguły dużo narzekają). Nigdy nie było wątpliwości, że z racji samej przewagi w liczbie atletów, zwycięstwo należeć będzie do obywateli Basilei – pytaniem było jednak które miasta zapewnią sobie zwycięstwo – tym razem były to głównie Karinthos i Basileopolis. Powody do niezadowolenia mają za to przybysze z Thessalonik i Arnos – które wystawiły liczne reprezentacje, których członkowie nie zwyciężyli jednak w żadnej z dyscyplin. Goście z tych miast powrócili do swoich domów wyraźnie skwaszeni, a przegranych z pewnością czekają liczne wyrzuty ze strony zawiedzionych współobywateli. Myliłby się ten, kto uznałby że wraz z igrzyskami skończyło się świętowanie w Nikai – w dzień po ich zakończeniu odbył się bowiem ślub Belisariosa z Nilą Protogestios – córką stratega Ephyrii. Pierwsza żona Belisariosa, zgodnie z tradycją mająca pochodzić z Hellady była również córką władcy Związku. Wydarzenie to jeszcze dobitniej wskazuje na trwającej zbliżenie między Ephyrią a Basileą. Gdy końca dobiegły uroczystości ślubne, przybysze rozjechali się do swych domów – z pewnością będą mieli co opowiadać – tak wspaniałego i pełnego rozmachu wydarzenia Wyspy Fokijskie nie widziały od wielu lat – a niewielu mogło przywołać jakiekolwiek wydarzenie choćby zbliżone przepychem i skalą do odrodzonych igrzysk panfokkijskich. Z pewnością rozsławią one imię Belisariosa, a lud będzie miał w pamięci jego imię przez wiele następnych lat… [indent]- Wzrost stabilności na terenach biorących udział w igrzyskach, - Największym zwycięzcą polis Basilei Karinthos. Reprezentacje Ephyrii i Elis bronią honoru swoich ojczyzn, - Igrzyska nie obyły się bez spięć religijnych i kulturowych, - Pakt i mariaż Basilei i Ephyrii stabilizuje sytuacje na wyspach aeckich.[/indent] RE: Wydarzenia - Gacek - 30-Jan-2019 Imperium Tarcvinium
1203 rok ![]() Czasy Imperium Tarcvinium to dla większości mieszkańców Imperiusa pieśń przeszłości, świat zmienił się nie do poznania i dla wielu jest to już dawno zamknięta księga historii. Czas jednak jak gdyby zatrzymał się w stolicy byłego Imperium. W ruinach niegdyś wielkiego i pięknego miasta wciąż obraduje senat, który od setek lat nie zauważa, że państwo jest na skraju upadku, a poszczególne frakcje nie potrafią wznieść się ponad partykularne interesy by ocalić swoją ojczyznę. Pomimo tego, że państwo skurczyło się do maleńkich rozmiarów wieczne miasto wciąż śpiewa pieśń o potędze: uparcie wydawane są prawa handlowe dotyczące Wysp Pretarskich, czy pouczenia dla legata Jantaru. Nie inaczej ma się sprawa z Elis i Andern w oczach senatu tarcvinijskiego. Choć w praktyce Liga pozostaje poza jakimkolwiek wpływem dawnego Imperium, to jego wychudły i marny cień wciąż uważa się za zwierzchnika tych ziem uznając je za przejściowo zbuntowane prowincje. Takie podejście nie jest zdrowe dla dyplomacji i dobrosąsiedzkich relacji, przypomina trochę otwartą beczkę prochu i czekać tylko, aż padnie na nią iskra. Dziś, jutro? Za miesiąc, rok, dekadę lub wiek? Historia jest cierpliwa. Pakt handlowy aecko-tarcvinijski zawarty w roku 1202, nie był obwarowany mnogością punktów i przepisów. Sygnatariusze obiecywali sobie wolny handel, zmniejszenie ceł na swoje towary, oraz prawo wzajemnego osiedlania się kupców w nowoutworzonych dzielnicach kupieckich. Pakt ten zawarty na lat dziesięć nie wybijał się szczególnie z mnogości umów podobnych, przez wiele krajów podpisywanych i ciężko było dopatrzeć się w tym czegokolwiek, co w kogoś godzić by mogło. I sama w sobie uroczysta umowa handlowa rzeczywiście nikogo specjalnie by nie obeszła, prócz kupców zacierających ręce, aby prawa te na brzęczącą monetę przekuwać. Diabeł jednak w szczegółach tkwi, a tu tym drobnym szczegółem okazały się zwykłe plotki. Oto wśród niższych urzędników Wiecznego Miasta pogłoski krążyć zaczęły, jakoby traktat handlowy przykryciem miał być dla rozmów pomiędzy Praesartem, a Basileą w sprawie sojuszu przeciw Elis. Propozycje te wyjść miały od Basileusa liczącego podobno na gładką zgodę względem propozycji, w ujęciu stosunku Imperium do Ligi. Ale któż przejmowałby się plotkami, których przecież jak świat długi i szeroki taka mnogość, że głowa od nich rozboleć potrafi. Ludzie dopowiadali, dopowiadają i dopowiadali będą sobie trzy różne teorie spiskowe do najbardziej nawet niewinnych i naturalnych zdarzeń i działań. Tym bardziej zadziwiła reakcja senatu, w który jakoby rzucono gniazdem os. Na obradach gdy ktoś półgębkiem rzucił coś o krążących plotkach, taki tumult się rozpoczął, że wnet zaczął przypominać gotujący się garniec wody. Konserwatywni optymaci celujący w odbudowę Imperium z niezadowoleniem obwiniali Praesarta o zły krok odmowy sojuszu przeciw Elis, któren mógł doprowadzić do przywrócenia nań władzy Tarcvinium, z kolei stronnictwo religijne tę decyzję pochwalało, ale z przekąsem, bo nie w smak były im jakiekolwiek układy z Aetami, choćby i tylko handlowe. Reakcja senatu tak żywa wskazywała, że plotka plotką, ale coś na rzeczy być w tej kwestii musiało, bo może i na ulicy nie brak nieprzychylnych opinii o obradujących bez celu zmurszałych staruchach odzianych w prześcieradła, ale przecież nikt tym zawodowym politykom zmysłu i poinformowania godnego odmówić nie może. Praesart nie zamierzał biernie przyglądać się rozwojowi wydarzeń w akompaniamencie kłótni stronnictw i wszczął śledztwo, którego wyniki rzecz jasne zostały utajnione. Jedynym co oficjalnie z niego wynikło to wymiecenie kilku urzędników z otoczenia władcy, który po tym nabrał wody w usta. Niektórzy senatorzy w niezwykle wymownym geście opuścili obrady i z miasta wyjechali, a pozostali choć na to wszystko patrzyli nieufnie i dalecy byli od uznania, że sprawa rozwiązaną została, przycichli nieco, może poza paroma najbardziej zacietrzewionymi, piejącymi o ciągłe podniesienie sprawy i ustanawianie mających zbadać ją komisji. Mimo wszystko zdawało się, że Praesart ugasił pożar i problemy się skończyły. Och jakże było to naiwne... Pewnego ranka kilka tygodni później, Wieczne Miasto eksplodowało krzykiem i tumultem. Oto podburzony plebs z religijną pieśnią na ustach wbiegł do ustanowionej i wzniesionej ledwie tydzień wcześniej faktorii handlowej Aetów tworząc tam istny pogrom. Większość aeckich kupców została bestialsko wyrżnięta, główny budynek, zabudowania mieszkalne i magazyny zostały kompletnie zniszczone po uprzednim zrabowaniu do cna wszelkiego dobra, które udało się unieść. Zaciekłość tym bardziej była widoczna, że napastnicy nie użyli ognia aby spalić faktorię, bo jak to z ogniem bywa w obrębie miasta zbyt jest on nieobliczalny. W pocie czoła młotami i toporami na drwa rozbito każdy budynek nie szczędząc trudu i potu. Na koniec, sprofanowano i zniszczono wszelkie religijne symbole zerwane z okrwawionych strzępów ciał, mieniących się jeszcze o świcie szczęśliwymi aeckimi kupcami. Wtedy to właśnie w tłuszczę wbiła się straż przysłana przez Praesarta, który wysłał ja gdy tylko dowiedział się o pogromie i desperacko starał się ocalić co tylko się da z aeckiej faktorii. Brutalnie spacyfikowany tłum odstąpił, a straże znalazły w piwnicach domostw kilku żywych i przerażonych do cna handlarzy, ale przy skali mordu i zniszczeń ciężko było uznać to za sukces. To co się stało wzburzyło wszystkie senackie stronnictwa. Lojaliści stanęli przed problemem pogwałcenia traktatu handlowego z Basileą, a Optymaci nie mniej obawiali się reakcji na to Basileosa, bojąc się utraty możliwości ewentualnego sojuszu przeciw Elis. Adroniści teoretycznie najbardziej mogliby przyklasnąć temu co się stało, ale religijne stronnictwo zszokowała nieco skala i forma wystąpienia przeciw innowierców. Bo pogan nawracać należy, a jak się nie da to i wyrżnąć miło, ale taka jatka w Wiecznym Mieście wielu z nich nie do końca w głowach się mieściła, może poza częścią najortodoksyjniejszych senatorów. Oczy wszystkich stronnictw skierowały się na karczmę "Pod Kopniętym Żurawiem", gdzie zamieszkiwała delegacja ZakonuMmieczy i jak wszyscy zgadywali - powód porannych wydarzeń. Alsen de Vergara przybył do Wiecznego Miasta co prawda w roli jedynie duchownego reprezentanta Zakonu, ale jego płomienne kazania, często skierowane do prostego ludu stały się jak świat długi i szeroki w pewien sposób legendarne. Od kilku dni przemawiał do pospólstwa na forum tarcvinium, ale do wystąpień przeciw Aetom nie namawiał. Przynajmniej wprost... Fanatyk mocno i dosadnie przypominał kim są poganie, jak są mili Adro, oraz że adronizm to religia miecza. Tylko tyle i aż tyle. Gdybyż jednak wydarzenia z tego feralnego poranka zamknęły się tylko na rzezi Aetów... Otóż nie. Zdecydowana reakcja i pacyfikacja tłumu w obronie kilku cudem ocalałych kupców spotkała się z niezadowoleniem najbiedniejszej części plebsu, który jak to najbiedniejszy plebs, niezadowolony jest zawsze, a jeno stopień jego niezadowolenia się zmienia zależnie od sytuacji. Powszechne stały się protesty przeciw polityce Praesarta i częściowo senatu, a w odpowiedzi Praesart coraz częściej decydował się te tumulty krwawo pacyfikować. Wieczne Miasto zaczęło wrzeć i tylko czekać było aż wybuchnie niczym wulkan. Sytuację uspokoili nieco sami senatorzy we właściwy sobie sposób kunktatorstwa i obracania się jak chorągiewka na wietrze. Widząc zrywy plebsu, część senatorów zgodnie stworzyło czwartą frakcję: kommunatów, opowiadając się za najbiedniejszymi i kreując się na dbających o nich reprezentantów. Ulica wiedziała swoje na temat "prześcieradlanych staruchów", ale pomimo to ruch ten uspokoił nieco miasto i przynajmniej w części ten spór plebsu (a więc Kommunatów) z Praesartem (i jego Lojalistami) przeniósł się do senatu, a tam w awanturę ochoczo włączyli się Optymaci i Adroniści. Aktualnie forma "debaty publicznej" czy to na poziomie bruku, czy marmurowych posadzek jest tak zagorzała, że ciężko uznać czy niebezpieczniejszym dla zdrowia miejscem jest tarcvinijska ulica, czy gmach senatu. Myliłby się ten, kto patrząc na to wzrusza ramionami wskazując, że to wewnętrzny problem cesarstwa. Z pozoru może i owszem. W praktyce jednak to co dzieje się w Wiecznym Mieście oznacza kres izolacyjnej polityki Imperium. Wraz z krwią Aetów zaczęła spływać ona do rynsztoka historii. Imperium musi postawić się na geopolitycznej szachownicy, a wbrew temu co mówi mapa Imperiusa, nie jest to bynajmniej pionek. [indent]- Na jaw wychodzi plotka o propozycji Basilei o sojuszu przeciwko Elis. - Podburzony plebs dokonuje rzezi w Aeckiej faktorii mordując większość znajdujących się tam kupców. - W senacie wrze, animozje pomiędzy stronnictwami narastają. - Powstaje nowe stronnictw (Kommunałów), głos plebsu coraz mocniej słyszalny w Imperium. - Koniec izolacyjnej polityki Imperium.[/indent] RE: Wydarzenia - Emyrh - 31-Jan-2019 Imperium Cao
1203
![]() Dla podróżników z dalekiego zachodu Cesarstwo Ta'in jest miejscem wielu zachwytów, lecz i zdumień. Jedną rzeczą nad jaką nie mogą się oni nadziwić jest system rządów w którym jednemu krajowi przewodzi aż trzech cesarzy! Jakże, to ktoś może mieć trzech władców? Pytają. Mało kto jednak pamięta, że był kiedyś ktoś kto chciał Ta'in dać jednego cesarza, a był nim sławny wódz Cao Cao. Co było to było i dziś imię tego wodza kojarzy się raczej z Cesarstwem Cao jakie zostało utworzone przez następców tego wodza po jego śmierci. Pomimo, że krajowi już dawno do minionej świetności, a sam Cesarz Chen Cao mimo szczerych chęci modernizacji nie rozruszał jeszcze skostniałej struktury kraju, to samozwańcze państwo dalej jest solą w oku wszystkich trzech cesarzy. Dlatego też postanowili oni zlikwidować raz na zawsze ten powracający problem i rozprawić się z buntownikami. W nadgranicznym Qiang zbierały się wojska Ta'in. Jednak jak potem orzekli „mądrzy” nad tą wyprawą od samego początku ciążyła jakowaś „klątwa”. Wpierw kiedy zebrano wojska i ogłoszono cesarskie rozkazy, w szeregach niektórych chorągwi zawrzało. Zwłaszcza lud Wei z którego rekrutowano wyśmienitą lekką jazdę poczuł się wysoce niezadowolony z „pańskich pęt” jak nazywano zakazy grabieży i plądrowania ludności cywilnej. Wielu pytało się to po co mają iść walczyć, jeśli najsłodsza część fachu odchodzi im? Cesarscy dowódcy zachodzili w głowę jak można tu zmobilizować Wei Wei do wymarszu kiedy z dworów przybyły kojące dla wojska wieści – oto rozkazem rozdano pośród żołdaków wielkie skarby i taką samą liczbę przyobiecano po powrocie z wyprawy. Wreszcie armia w pewnym porządku opuściła prowincję Shen i dokonała inwazji na Miyun. Zgodnie z rozkazami ze stolicy, od głównych sił odłączyła się jazda ludu Wei, którą to starał się dowodzić Yuen Ren – imperialny dowódca, który mimo sporego doświadczenia nie wykazał się dotychczas niczym na tyle wybitnym by się wybić. Liczył, że ta prosta kampania będzie odskocznią dla jego kariery, niestety jego podwładni okazali się być... uciążliwi. Oto od razu za granicą niekarne siły koczowników, widocznie zapomniały o cesarskich poleceniach i rozpoczęły grabieże i mordy na ludności lokalnej. Liczne wsie zapłonęły ogniem, a pochód wojsk Ta'in był wieczorem zdobiony łunami pożarów. Ren starał się jeszcze z początku ogarnąć swoje wojska, grożąc zgodnie z rozkazami karami śmierci i wieczną hańbą. Jednak kiedy przywódcy chorągwi przybyli do niego, to po długiej rozmowie w zamkniętym namiocie dowódca wyszedł odmieniony... jego sekretarz stwierdził, że Yuen Ren w tą jedną rozmowę postarzał się o 10 lat. W każdym razie od tej chwili na dwór docierały listy z jego pieczęcią, które określały działalność Wei jako walkę z zażartą i niegodziwą partyzantką oraz chwaliły dzielnych konnych za skuteczną ochronę reszty armii. Prawdę trzeba oddać, wojska jakie postępowały za Wei nie spotkały żadnych żywych partyzantów, lecz także rzadko kiedy spotykały kogokolwiek żywego. W wyniku tej akcji pacyfikacyjnej pochód się opóźnił i dał czas ludziom Chen Cao na zebranie się w stolicy i zamknięcie wrót przed nadchodzącą armią cesarską, która dopiero stawała pod umocnionym miastem. - Prowincja Miyun została całkowicie splądrowana - Poczynania oddziałów Wei Wei są ukrywane przez dowództwo - Armia Cesarstwa Ta'in stanęła pod stolicą Cao RE: Wydarzenia - Gacek - 03-Feb-2019 Ussura
1204 rok ![]() „Przodki, chrońta Cara!” - tak wykrzykiwały tłumy zebrane na ulicach Eregardu kiedy to do miasta wjeżdżał Fiodor Michaiłow Nikołajew wraz ze swymi poplecznikami. Bramy stolicy zostały przed nim otwarte, a garnizon jak i rajcy miejscy złożyli przysięgę nowemu carowi. Wydaje się zatem, że w wyścigu o tron Nikołajew wyprzedził swego dalekiego krewniaka Jegrow-Tułajewa. Wołodarowi zresztą do stolicy śpieszno nie było. Szeregi jego popleczników zgromadzonych w Konfederacji Słuckiej doprawdy urosły od czasu zawiązania, lecz jak wieści niosły, Konfederacja Kamieniecka już ponad trzy razy tyle bojarów zgromadziła. W takich okolicznościach otwarta bitwa mogła się skończyć tylko w jeden sposób. Dlatego pretendent zawrócił swój orszak i zamiast na stolicę ruszył ku swym domenom w Garnywołosku, gdzie jeszcze cieszy jakimś poparciem. Może ta decyzja była jedynym rozsądnym rozwiązaniem, lecz została odebrana w obozie jako swego rodzaju... kapitulacja? Od tego czasu obóz Jegrow-Tułajewa zmniejsza się z każdym dniem, a poplecznicy go opuszczają nie chcąc umierać za praktycznie martwą sprawę. Carowi Fiodorowi taki obrót rzeczy się podoba. Doprawdy stracił możliwość szybkiego rozprawienia się z pretendentem w jednej krótkiej bitwie, lecz zbiera on w swym obozie coraz więcej stronników. Nikołajew by zdobyć poparcie, postanowił odwołać się także do argumentu jedności. Każdy wie, że sąsiedzi Ussary z „zainteresowaniem” patrzą na rozwój sytuacji i tylko czekają na osłabienie państwa, które dominowało dotychczas w regionie. Wydawać by się mogło, że jeśli tylko Ussara pogrąży się w wojnie domowej, to czeka ją interwencja państw ościennych. A na upadek kraju mało kto w Ussarze czeka. Narracji pomógł też fakt, że Król Castiglione przez swe poselstwo już starał się wmieszać w spór, który wielu traktowało jako sprawy wewnętrzne Caratu. No i pamiętać też trzeba o niepokornych wasalach. Podróżni widząc mobilizowane wojska i poselstwa zaczynają po karczmach sądzić, że moment ogłoszenia niepodległości jest już bliski. Bej Gazirehu w końcu zwrócił się do bratniego w wierze Anszanatu z poselstwem, a afera związana z sojuszem z Tsageri pokazała już wcześniej, że i Księżna Baghdati ma ambicje by wyrwać się spod buta Ussary. Dlatego Fiodor wzywa, by wszyscy stanęli ramię w ramię i bronili pozycji Carstwa. Nie wiadomo jednak czy deklaracja ta skierowana była też do Jegrow-Tułajewa. W obliczu tak spektakularnego odpływu poparcia, Wołodar może nawet by się skusił na to, lecz czy żyjący pretendent nie będzie zbyt wielkim ryzykiem dla Nikołajewa? W każdym razie, nowy car pamięta jeszcze, że prócz nich są dwaj inni „krewniacy” z ochotą na tron. Władym Michajłowicz Skriabin dalej przebywa w Vela Luce jednakże sytuacja się trochę zmieniła od ostatniego czasu. Vela Luka już nie jest małym wolnym miastem, bez ambicji politycznych, a wasalem dużo większego i agresywniejszego ludu Varaganów. Biorąc pod uwagę ostatnie działania wodza Magnusa, może uda się Władymowi namówić barbarzyńców do interwencji i osadzenia go na tronie w Eregardzie. Natomiast daleko na południu, na dworze Cesarza Varangardu przebywa zaś niejaki Igor Borysewicz Jegrow. Doprawdy Cesarz Tiberius jeszcze nie wykonał żadnego ruchu pokazującego, że chce wmieszać się w sprawy Ussary, lecz z całą pewnością Imperator jest człowiekiem ambitnym, a samo Cesarstwo opiera się na ciągłym rozroście. Więc pytanie raczej nie brzmi, czy, a kiedy Varangard ruszy. Jak wielu przewidywało, sytuacja w Carstwie Ussary jest bardzo dynamiczna i szybko się rozwija. Ciekawe jest teraz czy niegdyś silny kraj pogrąży się w wojnie domowej do której wmieszają się sąsiedzi, czy uda się rozwiązać całą sytuację za pomocą rozmów i dyplomacji? [indent]- Fiodor Michaiłow Nikolajew koronowany na Cara Ussury. - Bojarowie opuszczają Wołodara Iwanowicza Jegorow-Tulajewa i Konfederację Słucką. - Jegorow-Tulajew kontroluję niewielki skrawek ziem na północnym-wschodzie. - Widząc zakusy zagranicy spora część Bojarów jednoczy się w okół Nikolajewa chcąc bronić ojczyzny.[/indent] RE: Wydarzenia - Gacek - 09-Feb-2019 Varangowie, Braniboria
1204 rok Nikt tak właściwie nie wie, co leży na zachodzie, poza granicami znanego Imperiusa. Już Anszanat jest dla większości mieszkańców kontynentu krajem na wpół legendarnym, a o Varangach często się mówi jakoby byli w istocie ludem psiogłowców, albo bezwłosymi niedźwiedziami, które nauczyły się ludzkiej mowy. Jednak nawet w krajach zachodu, o leżących dalej ziemiach wiadomo niewiele i nie budziły one nigdy większego zainteresowania. Majestatyczne w swym ogromie góry Lonlang stanowią barierę nie do przebycia, a już nieprzyjazny kraj Varangów szybko przechodzi w bezkresne lasy, gdzie lata są krótkie, a zimy zabójcze. Varangowie wyprawiają się na te ziemie tylko po to, aby polować na tutejsze zwierzęta, których futra cenione są w odległych krainach czy handlować z nielicznymi miejscowymi, znanymi jako Lapowie. Dalej jednak znajduje się już tylko kraj wiecznego śniegu - a gdzieś w jego głębi znajdować mają się kolejne wielkie góry, z których wywodzą się Varangowie - a skąd wygnały ich wieki temu tajemnicze giganty o zielonej skórze... Cóż zaś spotka tego, który spróbuje przebyć te ziemie na południe od Lonlang? Bezkres piasku. Wielki Erg - nieprzyjazna pustynia, która uznawana bywa za przeklęte miejsce, zamieszkałe tylko przez szalonych dewów i duchy tych, których pochłonął Erg. Ponoć ci, którzy zbyt głęboko wkroczą w Erg natknąć mogą się na całą armię potępionych dusz, prowadzonych przez przeklętego króla Cyrusa, który w swej arogancji chciał przebyć Erg i podbić ziemie za nim - aby nigdy nie powrócić z tej wyprawy. Nikt nie wie co czeka na dalekim zachodzie... Wielu mędrców gdybało czy tam też żyją ludzie? A może znajdują się tam krainy bogów? Jedynym co tam jednak znaleziono była tylko nieuchronna zguba... Silny podmuch wiatru prawie obalił Joerga. Mocniej otulił się ciężkim futrzanym płaszczem, jednak nawet odzienie z futra lodowego wołu nie pomagało na mroźne, północne wichry. Nigdy nie powinien dać się wyciągnąć Sigurdowi na tą wyprawę. Jasne, wydawało się że niepogoda odpuściła i czeka ich tydzień, może dwa lepszej aury - jednak tutejsze ziemie zawsze były kapryśne, a zima zabrała już wielu nieostrożnych myśliwych. Powinni wycofać się od razu, gdy tylko znaleźli porzucone obozowisku Lapów, którzy odeszli z niego w wyraźnym pośpiechu. Co by o nich nie mówić, niepogodę przewidywali oni lepiej od wróżbitów i jeżeli zdecydowali się odejść do swojej zimowej osady - czas był na to już najwyższy. Na szczęście do domu nie powinno już być daleko - jutro, góra pojutrze usiądą przy piecu i napiją się grzanego miodu... Myśl o trunku i ogniu sprawiła jednak jedynie, że Joergowi zrobiło się jeszcze zimniej. A żeby chociaż było warto... Zwierzęta gdzieś się jakby pochowały i mieli ze sobą tylko nędzny pęk skórek... Nie warto było... W tym momencie rozmyślania myśliwego zostały przerwane uderzeniem - zderzył się bowiem z idącym przed nim towarzyszem. - Kurrr... - zaklął. - Sigurd, co tak sterczysz, przymarzłeś? - warknął Joerg. - Ty, patrz! - jego towarzysz wskazał coś przed sobą, w dolinie poniżej. Joerg zmrużył oczy i pośród podnoszonych przez wiatr tumanów śniegu dostrzegł... człowieka, ciągnącego za sobą sanie i z wyraźnym trudem przedzierającego się naprzód. Postać nagle zatrzymała się, po czym zaczęła energicznie podskakiwać i machać rękoma - najwyraźniej również zauważając dwójkę myśliwych i chcąc zwrócić na siebie ich uwagę. W domu starego Ragnara zebrało się kilkadziesiąt osób - mimo że dom, a wręcz raczej dworzyszcze był największy w całej wsi, to panowała tu niejaka ciasnota. Powód tak licznego zgromadzenia siedział obok pieca i z zapałem zajadał potrawkę, popijając od czasu do czasu piwem. Niemłody już mężczyzna, noszący niegdyś czarny, a teraz bardziej bury habit przerywał jedzenie tylko po to, aby odpowiedzieć na pytania zadawane mu przez miejscowych. Rozmowa szła jednak raczej opornie - mówił on w bardzo łamanym narzeczu Lapów, okazjonalnie przechodząc na język którego nikt nie potrafił zrozumieć. - Jeszcze raz. - zapytał powoli Sigurd. - Z zachodu przyszliście? Przez Wieczny Lód? - Tak. Daleka droga. Długa. Zimno. - Niemożliwe. - mruknął jeden ze stojących z tyłu miejscowych. - Nie wygląda na Lapa. Zresztą nawet oni nie zapuszczają się tak daleko, nikt nie przeżyje drogi przez Wieczny Lód. Zwłaszcza teraz. A nawet jeśli, to dorwą go Wysocy Ludzie. Zebrani zaszemrali zgodnie. Każdy wiedział, że daleko na północy, gdzie nigdy nie topniały śniegi żyli Wysocy Ludzie, którzy dawno temu przegnali ich przodków na południe - oczywiście nikt nigdy ich nie widział, ale stare opowieści nie mogły kłamać. - Dziwnie on wygląda. - mruknął Joerg, odrywając się na chwilę od dzbana z miodem, którym zajmował się od momentu powrotu. - Nie ma skośnych ślepiów jak Lapowie, nie jest ogorzały jak Medowie z południa... Niby jak my, ale trochę dziwny. I co on tutaj robił. - Może to kupiec? Poszedł handlować z Lapami i się zgubił. - zapytała jedna z wnuczek Ragnara. - Głupia. - machnął ręką Joerg. - Przecież na kupca on nie wygląda. Żadnych dóbr na wymianę nie ma, a i oni w grupach chodzą. No i widziałaś, aby kiedyś jacyś próbowali iść w Lapland? Zwłaszcza zimą? Przecież nikt by ich do Lapów nie zaprowadził, żaden przewodnik by się teraz nie chciał wybrać. - No to nie wiem... - odpowiedziała Sygrid. - Co was tu sprowadziło? - powoli powiedział do przybysza Sigurd. - Szukać. - odpowiedział po chwili. - Niebo! Pan Nieba! Kubek. Kubek szukać. I Pan Nieba. - nagle przeszedł na inny język, a w jego wywodzie powtórzyło się tylko słowo brzmiące trochę jak "Grel", a może "Grail". - Wariat. - zawyrokował Joerg. - Może wariat, ale i wariatowi zimą trzeba pomóc... - odparł Sigurd. - Może Ragnar pozna po jakiemu on mówi? Jak młody był, to przecież za najemnego służył w dalekich krajach... Obudź go Sygrid, a może lepiej sprawdź czy jeszcze dycha... Stary Ragnar całą tą rozmowę przespał na ławie, gdy przycupnął otulony futrami. Przybycie gościa i zwalanie się mu do domu połowy wioski nie zdołało przerwać snu starego Varanga. Sygrid podeszła do swojego dziadka i kilka razy trąciła go w ramie. - Szcco? - mruknął starzec. - Czego chcecie ode mnie, już w spokoju podumać nie można, tylko przeszkadzacie i szacunku nie macie... Wszystko to z mojej krwawicy, za złoto którem przyniósł, a nikt mnie już nie szanuje... - zaczął swoje narzekanie Ragnar. - Czcigodny, sprawa jest. - nieomal zakrzyknął Joerg. Ragnar był już nieco przygłuchy i inaczej mógłby go nie usłyszeć. - Gościa mamy, ale takiego jeszcze nie widzieliśmy. Może widzieliście takich kiedy? Ragnar odwrócił głowę w strona przybysza i zmrużył oczy, przyglądając mu się. - A jak się zwie ten gość, którego bez mego pozwolenia do domu com go sam zbudował sprosiliście... - Cadfael. - odpowiedział Sigurd. - Tak, tak! Ja Cadfael! - znowu ożywił się tajemniczy gość i pociągnął kolejny łyk piwa. - Nie znam takiego. - odmruknął stary Ragnar. - Ale podobnie się zwali ci z jak im było... No... No... - podrapał się po głowie. - Cordilas, czy jak im tam. Same jakieś Faele albo inne Malcolmy. Z lat czterdzieści lat nazad tam byłem, jakaś wróżda rodowa i trzeba było wioskę spalić, kobiety obwiesić, a mężczyzn... Nie zaraz... - przerwał. - To na odwrót było. No. W każdym razie jakiś tam Malcolm nam płacił, a Faela wioskę paliliśmy. - Piwo? - zapytał przybysz pokazując pusty kufel, po czym wygłosił dłuższą tyradę w swoim języku, w której powtarzało się słowo "Ale". - Rozumiecie co on mówi, dziadku? - zapytała Sygrid. - Nie, pokręciło was? - prychnął Ragnar. - Przecież tam byłem zanim się jeszcze porodziliście. I my tam toporami robiliśmy, a nie ozorami. A wrzeszczą sami tak samo, niezależnie skąd. A teraz dajcie mi spać i głowy nie zawracajcie, jeżeli nie czas wieczerzy... Gdy tylko minęła zamieć, przybysz od razu wyruszył na wschód, w głąb ziem Varangów, zakupiwszy tylko beczułkę z piwem i suszonego mięsiwa - za które zapłacił monetami których nikt nigdy nie widział, acz srebro to w końcu srebro. Było przynajmniej o czym przy ogniu gadać i nad czym się zastanawiać - a zima szykowała się długa i sroga. Najwyraźniej jednak przybysz nie zamierzał jej spędzić uwięziony w ostatniej wiosce na krańcu świata i parł ku bardziej cywilizowanym ziemiom, zanim śniegi i mróz uwięziłyby go tu aż do wiosny. Gdy latem Sigurd wrócił z Bergen, gdzie wyprawił się aby sprzedać skóry, okazać się miało, że Cadfaela dobrze tu już znano. Całą zimę przesiedział w gospodzie "Pod pijanym hirdmanem", po czym na wiosnę pierwszym statkiem wyprawił się do Braniborii. Nadal nikt nie miał pojęcia kim był podróżnik, którego interesowało głównie piwo i od czasu do czasu próbował, przy pomocy stopniowo poprawiającego się, acz nadal straszliwie kalekiego varangijskiego nauczać o jakichś dziwnych bogach - ani chybi tych, których w Braniborii czcili, bo przecież ognia żadnego nie palił i za jasny był jak na tych z południa... Poza tym obejrzał chyba każdy kubek i kielich w mieście i kazał coraz to nowe sobie przynosić, ale żadnego nie kupił. Za co wypił jednak płacił i choć nikogo nie przekonał do swojej wiary czy nawet dobrze nie umiał wytłumaczyć o co mu dokładnie chodzi, to kilku młodych i zapalczywych chłopaków zdecydował się wybrać z nim na wschód - choćby po to, aby się tam na wojnę zaciągnąć, albo i jaką przygodę przeżyć... Później mówiono, że Cadfaela widziano jeszcze w Lubuszy, gdzie z niewielką grupką towarzyszy zaokrętował się na statek płynących do Ta'in... - Tajemniczy mnich z zachodu przypominający Cordilaeńczka przybywa do Varangów i wyprawia się dalej na wschód. RE: Wydarzenia - Gacek - 12-Feb-2019 Simandar, Tenku
1204 ![]() Tak zwana Republika Simandaru jest państwem unikatowym na skalę całego Imperiusa. Jej początki sięgają jeszcze odległych czasów, kiedy kupcy z Imperium Tarkwijskiego poszukiwali nowych dróg dla sprowadzania luksusowych towarów ze wschodu. Kompania Simandarska, która się wtedy zawiązała z czasem obrastała w siłę i bogactwa, co jej władze skutecznie spożytkowały angażując się w konflikty między tubylcami i zdobywając coraz to nowe ziemie. Jednak problemy z jakimi borykało się Tarcvinium jak i narastający opór miejscowych ludów skutecznie zahamował dalszą ekspansję na prawie 500 lat. Jednak przez te wszystkie lata istnienia wpierw Księstwa, a następnie Republiki, wielu okolicznych władców nie mogło się pogodzić z istnieniem tego dziwnego tworu. Jednym z nich jest niewątpliwie Niebiański Cesarz Tenku, którego dynastia nigdy nie zapomniała hańby utraty wysp będących środkiem ich państwa, a także ciągłego poddaństwa ich rodaków żyjących na tych ziemiach. Nie okazało się zatem wielkim szokiem, kiedy Cesarstwo podjęło już to kolejną odbicia utraconych ziem. Mimo to jednak Admiralicja Simandaru, która to odpowiada za obronność Republiki zdawać by się mogło, że nie dostrzegła nadciągającego zagrożenia w czas. Kiedy na wyspę Honsiu przybywały pierwsze oddziały cesarskie, nie zastały tam żadnych sił zbrojnych Republiki, a opór stawiało im jedynie parę grupek prywatnych milicji wystawionych przez lokalnych możnych. Lecz co ciekawe na wyspie pozostał mało, który „biały” Simandarczyk. Wicekról podjął decyzję o ewakuacji wyspy, która w opinii wielu trudno było bronić i polecił swym admirałom zbieranie wojsk na mniejszej i bezpieczniejszej wyspie Nal. Podróżni dostrzegają kolorową zbieraninę wojsk zarówno stanowych jak i kondotierów, co świadczy tylko o tym, że Simandar nie odda już więcej ziem bez walki, a wicekról musiał przepchnąć nowe podatki na wojska centralne. Tymczasem, jak wojska Simandaru gromadziły się na Nal, wyspa Honsiu została w pełni wyzwolona przez cesarskich żołnierzy. Wraz z przybyciem sił Cesarza, wyszła na jaw skala przygotowań jakie Tenku dokonało na rzecz tej wojny. Już przed przybyciem desantu, na wyspie działali wysłannicy Cesarza, którzy zaskarbili sobie poparcie miejscowej ludności (z uwagi na nienawiść jaką darzono tutaj białych, nie było to szczególnie trudne). Co ciekawe, wśród emisariuszy przybyłych na Honsiu był sam Ten'no Jutsu – krewny samego Cesarza, który to ukrywał się pod przykrywką zwykłego kupca korzennego. Rok jego działalności na wyspie tym bardziej podbudował autorytet Tenku, a wielu prostaczków postrzega akcję krewnego cesarskiego za dowód pamięci Niebiańskiego Dworu, o nawet najprostszych istnieniach. Innego zdania są możni Cesarstwa: uważają, że tego typu działania za bezczeszczenie wiekowej tradycji i świadczą o upadku obyczajów. Padają nawet głosy jakoby Cesarz przestawał swoimi zwyczajami różnić się od barbarzyńców z zachodu. Zajęcie Honsiu było dopiero wstępem do prawdziwej wojny, którą stoczą te dwa wschodnie kolosy. Wojna znów może toczyć się latami i nie wiadomo, kto tym razem wyjdzie z niej zwycięsko. Szalę zwycięstwa może przechylić ewentualne wmieszanie się Trójcesarstwa lub Radżatu, lecz czy z natury nieufni mieszkańcy wchodu, będą na tyle otwarci by się porozumieć co do istnienia Simandaru? - Tenku zajmuje wyspę Honsiu praktycznie bez walki. - Simandar zbiera siły na sąsiedniej wyspie Nal. RE: Wydarzenia - Ismerus - 12-Feb-2019 Grategon, Varangowie
1205 ![]() Vohanizm, religia ognia, lub jak zwą ją niektórzy - wierzenie zachodu. Jest to synkretyczny kult powstały z połączenia wierzeń Medów i Lanów zamieszkujących obecnie terytorium Anszanatu Bahramidów. Obecnie jednak jej wpływy sięgają znacznie dalej: do Bejliku Gazirehu, Sułtanatu Raszimu, a także Związku Kanaanejskiego i Królestwa Aetów. Kult Słońca w Cesarstwie Varangów również ma wiele wspólnego z Vohanizmem, stąd nie dziwią też próby jej rozszerzenia na kolejne kraje. Dzieła "misyjne" tej religii obecnie związane są przede wszystkim z dwoma krajami: Ludem Varangów oraz Księstwem Grategonu. Aszan bowiem, poprzez układy polityczne, zagwarantował sobie możliwość sfinansowania budowy świątyń i ograniczonego działania misjonarzy w stolicach tych państw. Król kolebki ognistego wyznania przeznaczył znaczne środku na budowę całego kompleksu światynno-klasztorno-szkolno-szpitalnego w Varg - stolicy państwa Varangów. Lud ten nie wyznaje bogów w klasycznym rozumienia tego słowa: ich religijność opiera się bowiem na kulcie herosów - którymi może zostać każdy wyróżniający się bohaterstwem człowiek. Dotychczasowi herosi zostali przez lamijskich mnichów bardzo szybko uznani za vohanistycznych Aszów, zaś cała idea zostawania herosem - za objaw reinkarnacji duszy. Sama wiara w reinkarnacje przyjęła się szczególnie wśród niższych warstw społeczeństwa - jeśli w tym życiu urodziłeś się chłopem, bądź sługą: zawsze w przyszłym możesz być wojownikiem który zostanie herosem. Z uwagi jednak na niegościnny klimat i trudne dla cywilizowanego południa zwyczaje - religia Vohana występuje praktycznie tylko w bezpośredniej bliskości stolicy. Nie poszli za nią też możni, którzy mają ważniejsze sprawy na głowie (jak wyprawa na Ussurę o której już rozchodzą się niepotwierdzone wieści) niż nowe kulty. W Grategonie misjonarze dostali środki jedynie na budowę świątyni i bieżącą dobroczynność, miały one jednak przy tym iść dosyć regularnie. Bardziej cywilizowane maniery miejscowych sprawiły, że misjonarze z Aszanatu zapuszczali się znacznie dalej niż na zachodzie: w krótkim czasie Vohanizm zyskał większość w dużej ilości wiosek w okolicach stolicy, a niekiedy i w dalszych osadach, które były odwiedzane przez kaznodziejów. Do konwersji państwa jednak daleka droga, szczególnie, że dwór pozostaje wierny dotychczas wyznawanej religii. Obydwa kraje mają już swoich pierwszych rodzimych wyznawców, głównie jednak wśród niższych warstw społeczeństwa. Dość powiedzieć że żadna znacząca persona, czy dworzanin jeszcze nie przyjął wiary ognia. Bezczynność władców w tej kwestii pozwala misjonarzom działać... na razie. Pytanie co przyniesie przyszłość - czy nie doprowadzi to w końcu do niepokojów religijnych? Jak zareagują konserwatywni Varangowie? I najważniejsze - jak długo Aszanat będzie potrafił utrzymać swoje wpływy na północy? - Nawrócenia na Vohanizm niższych warstw społecznych w Varg - Stolicy Ludu Varangów. - Znaczna ilość wsi w stołecznej prowincji Księstwa Grategonu - Grategonie nawraca się na Vohanizm. RE: Wydarzenia - Gacek - 12-Feb-2019 Jantar
1204 ![]() Od początku wojny w Jantarze oczywistym było, że sytuacja wojsk Radosta jest zła - Braniborczycy mieli miażdżącą przewagę i mimo pewnych sukcesów w walkach na pograniczu, Piącha zmuszony był wycofać się do swojej stolicy, gdzie pozostało mu czekać cudu - albo interwencji Zakonu, który zawsze postrzegał Jantar jako swoją strefę wpływów. Ku sromocie księcia okazało się jednak, że wielki mistrz zawarł układ z królem Wacławem, dzieląc Jantar między obie zainteresowane strony. Gdy na horyzoncie ujrzano chorągwie zakonne, w pierwszej chwili Radost ucieszył się - jednak już kilka godzin później, gdy zakonnicy zaczęli rozbijać obóz wokół miasta, jasnym stało się, że sytuacja ze złej stała się tragiczną - sprzymierzeni przewyższali liczebnością wojska Radosta trzykrotnie. Sam Jantar też nie był zbyt dobrym miejscem do obrony - miasto nie należało do największych, a zgromadzonych w nim zapasów było zbyt mało aby przetrwać dłuższe oblężenie. Nie minęło wiele czasu, aż w spichrzach pozostały tylko pustki - odpowiadające mniej więcej temu ile autorytetu pozostało samozwańczemu księciu. Zgromadzeni w mieście wojacy zaczęli coraz głośniej szemrać przeciw swemu wodzowi. Otwarcie mówiono, że należy się poddać i liczyć na zmiłowanie zdobywców - zawsze to większa szansa niż czekać na śmierć z głodu, albo na moment gdy księciu Przemysłowi znudzi się siedzenie pod murami i nakaże szturm. Miasto wrzało - a do eksplozji doprowadziła decyzja o kolejnym zmniejszeniu racji. Gdy stojący w kolejce do spichlerzy wojacy dowiedzieli się o obcięciu już i tak nędznych porcji o połowę, bez większego zastanowienia rzucili się na strażników i po krótkiej walce posiekali ich na kawałki. Zamieszki szybko eskalowały do rewolty, gdy poszczególni dowódcy wojsk Radosta gromadzili wiernych sobie żołnierzy i prowadzili ich przeciw lojalistom Piąchy. Okazało się jednak, że ci drudzy są w mniejszości i buntownicy szybko przejęli kontrolę nad kluczowymi punktami Jantaru - w tym nad bramą miejską. Pospieszenie wywieszono nad nią białą flagę i szeroko otwarto wrota, posyłając parlamentariuszy do oblegających, aby ogłosić kapitulację miasta. Sprzymierzeni szybko wkroczyli do Jantaru, sprawnie tłumiąc resztki niezbyt intensywnego oporu. Tak oto w swoistej ironii losu, tak samo jak się zaczęła, kończy się się władza Radosta - podczas buntu. Sam Piącha okazał się jednak nie być jednak nie w ciemię bity i najwyraźniej wiedział dobrze co się święci. Gdy przyszło do liczenia zmarłych, ani on ani jego najwierniejszych kompanów nie było pośród ofiar walk w Jantarze - nie było ich również pośród jeńców, a szybkie przeszukanie miasta również nie pozwoliło na odnalezienie Radosta - który najwyraźniej korzystając z zamieszania umknąć w siną dal. Pozostają jednak ważniejsze sprawy niż zbieg - a jest tym podział księstwa. Zgodnie z wcześniejszą umową, wschodnią część Jantaru zajęła Braniboria, a wschodnią Zakon - pozostaje jednak pytanie czy usatysfakcjonuje to strony... I co dalej z księstwem? W Braniborii przebywa Bolemir - pretendent do tronu księstwa, uznany za prawowitego władcę przez króla Wacława. Jeżeli ów dotrzyma swej umowy (a w gruncie rzeczy Bolemir nie jest już mu do niczego potrzebny), to książę z pewnością będzie chciał odzyskać resztę ojcowizny... W Zakonie cały czas przebywa z kolei potomek poprzedniego księcia - Sambor, którego roszczenia mógłby podnieść Wielki Mistrz, aby zyskać pretekst do odebrania reszty Jantaru Braniborii. Jak długo w takiej sytuacji zdoła przetrwać pokój? - Bunt wśród ludzi Radosta doprowadza kapitulacji Ostoi - "Piącha" umyka z miasta - Niepewna sytuacja pomiędzy Braniborią i Zakonem |