V Bitwa pod Meridą (D3): Różnice pomiędzy wersjami

Z Dynasteiapedia
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
(Utworzono nową stronę "{{Szablon:Wydarzenie |Wydarzenie=Piąta bitwa pod Meridą |rok=1716 |edycja=D3 |strony=Portugalia vs. Hiszpania |wynik=Zwycięstwo Portugalii |następstwa=[[...")
 
 
Linia 11: Linia 11:
  
 
==Opis bitwy==
 
==Opis bitwy==
Nieledwie echa porażki Exercito de Norte przeszły po polach Meridy, nadszedł czas na kolejną, kto wie, czy nie ostatnią już batalię o to niewielkie w końcu graniczne miasto. Bitwa osiągnęła oszałamiający numer porządkowy cztery. Ów fakt, jak już wiadomo, tragicznie zrujnował cały obszar, oraz doprowadził do masowej migracji ludności, która miała serdecznie dość coraz to kolejnych armii przetaczających się przez ich domostwa. Tymczasem batalia nadal trwała, osiągając kolejny punkt kulminacyjny opodal miejsc poprzednich bitew.
+
Przedpola Meridy niewątpliwie staną się miejscem legendarnym. Po serii ogromnych starć między koroną hiszpańską a portugalską, to małe graniczne miasto jest już opiewane w wielu legendach i historiach. Tymczasem, gdy poeci już układali poematy o krwawo skropionych równinach Meridy, armie przygotowywały się już do piątej i chyba ostatniej batalii w tym rejonie…
  
Zaledwie dwa dni po porażce batalionu północnego, na wzgórzach na zachód od Meridy, rzadkich w tym rejonie, więc cennych taktycznie, zajęły pozycje dwie nowe armie Portugalskie, które miały wspomóc Exercito de Norte w walce, jednak nie zdążyły dotrzeć na miejsce przed starciem. Mimo to, dowódcy portugalscy nie tracili nadziei. Ponieważ wyjątkowo przysługiwał im przywilej wybrania miejsca bitwy, wybrali właśnie owe wzgórza. Na szczycie najwyższego ustawili artylerię, ochranianą przez jednolity blok piechoty, złożony z muszkieterów i fizylierów, ustawiony w „szachownicę”, czyli zabezpieczający szyk polegający na zostawieniu dużych odstępów pomiędzy batalionami. Za nimi, wyjątkowo, usadowili się pikinierzy, zaś na flankach standardowo stanęła kawaleria, w potężnej liczbie. Naprzeciw nim stanęli Hiszpanie w podobnym szyku – w centrum fizylierzy oraz grenadierzy, na flankach pikinierzy oraz kawaleria, artyleria z tyłu w centrum.
+
Trzydzieści tysięcy jeźdźców, którym udało się zbiec z niefortunnego wzgórza, pola czwartej bitwy pod Meridą, smętnym kłusem wędrowało przez pola Hiszpanii, gdy na swojej drodze ujrzeli spory oddział pod własnymi sztandarami, prowadzony osobiście przez Króla Jana V, którego ostatnimi czasy zaczęto nazywać Szalonym. Na jego spotkanie wyjechał osobiście infant Manuel.  
Bitwa rozpoczęła się wzajemnym ostrzałem artyleryjskim. Działa portugalskie, mając większą donośność z racji korzystniejszego ustawienia, spowodowały pewne straty, lecz było ich bez mała dwa razy mniej, niż hiszpańskich, więc to poddani Karola III uzyskali na tym polu przewagę. Naraz, do szturmu ruszyli fizylierzy hiszpańscy, z potężną zaciętością uderzając na centrum portugalskie. Tam, muszkieterzy i fizylierzy jęli cofać się „szachownicą”, ustępując miejsca pikinierom, którzy wzięli na siebie – z dość mizernym skutkiem – uderzenie piechoty. Kawaleria hiszpańska, widząc, iż w centrum sprawy mają się dobrze, ruszyła na flanki portugalskie. Byli zmuszeni uderzać pod górę, na dodatek pod słońce, bowiem pora była późna – z tego powodu atak został bez większych problemów powstrzymany przez konnicę portugalską, która urządziła regularną rzeź hiszpańskiej dragonii, znajdującej się w najgorszym możliwym do walki położeniu. Jednocześnie z tymi wydarzeniami, od portugalskiego wojska oddzielił się niewielki oddział konnicy pod wodzą Jaima de Melo, którego zadaniem było przedostać się do parku artyleryjskiego i go zniszczyć. Oddziałowi udało się bez poważnych strat otoczyć szerokim łukiem pole bitwy, jednak był zbyt mizerny, aby przeciwstawić się szeregom pikinierów, pilnujących armat. Ruszono jednak do beznadziejnej, samobójczej w gruncie rzeczy szarży na piki, która skończyła się rzezią huzarów. Sam de Melo, raniony, spadł z konia, po czym broniąc się, obalił jeszcze pięciu żołnierzy wroga, aż dostał w głowę uderzeniem dwudziestostopowej piki, w wyniku czego padł.  
 
  
Tymczasem w centrum armie zwarły się na dobre. Fizylierzy i grenadierzy hiszpańscy złamali bez problemów portugalski szyk pikinierów, przechodząc do walki z szachownicą muszkieterów. Formacja ta była pomyślana z myślą o szarży kawalerii, więc nie mieli oni większych problemów z sukcesywnym i skutecznym przebijaniem się coraz dalej, zwłaszcza, że artyleria hiszpańska urządzała w dalszych szeregach istną krwawą łaźnię, z której mało kto miał szanse wyjść żywy. Łamało to tragicznie morale Portugalczyków, którzy miejscami oddawali niektóre linie szeregów właściwie bez walki, oddając jedną salwę i wycofując się jak najszybciej w tył o, ironio prosto pod ogień artyleryjski. Sytuacja stawała się dramatyczna, bowiem w niektórych miejscach Hiszpanie przebili się aż do artylerii, jednak regularnie dosyłane odwody fizylierów ratowały wciąż centralną część frontu. W tym samym czasie na flankach sytuacja rysowała się zgoła odwrotnie – po rozniesieniu na strzępy kawalerii hiszpańskiej, konnica ruszyła do całkowicie zabójczej szarży w dół wzgórza, która dosłownie zmiotła niewielu stojących tam pikinierów, po czym jęła przebijać się do parku artyleryjskiego, mając nadzieję na powstrzymanie straszliwej hiszpańskiej nawałnicy żelaza. Wtedy jednak nastąpił przełom dla Hiszpanów centrum portugalskie, napierane coraz to większymi masami fizylierów i grenadierów, zaczęło się łamać, wpuszczając ich do własnego parku artyleryjskiego, niektóre oddziały Ex Portugues rozpoczęły paniczną ucieczkę. Z gardeł poddanych Karola rozległ się zgodny krzyk zwycięstwa.
+
- Mój panie, bracie. – zasalutował pokornie królowi Wracamy do domu. Armie rozbite, Portugalia pobita, nie mamy już czym walczyć…
Infant Manuel de Braganca starał się ratować sytuację po raz kolejny masakrując resztki pikinierów, wrócił na szczyt wzgórza, do dowódców piechoty, zamierzając rozpędzić tłum nieprzyjacielskiej piechoty szarżą kirasjerii. Dowódca piechoty jednak, Virgilio de Canelas, obawiając się powtórzenia błędu popełnionego w poprzedniej bitwie, był przeciwny. W czasie, gdy dowódcy kłócili się, Hiszpanie zaczęli otaczać wzgórze, zaś artyleria uderzyła całym swoim zmasowanym ogniem na kawalerię, która w ostatniej chwili przez opieszałość Canelasa nie była w stanie uratować sytuacji…
+
- Tak? - Szelmowski błysk w oczach Króla zapalił się na krótko Drogi Manuelu, chyba nie zdajesz sobie z czegoś sprawy. – Jan V chwycił za uzdę konia swego kochanego brata i pociągnął go za sobą na pobliskie wzgórze, z którego Manuel ujrzał nieskończone bataliony pod purpurowymi sztandarami…
  
Było już za późno. Dowództwo portugalskie, tym razem zgodne, zadecydowało o natychmiastowym odwrocie kawalerii, pozostawiając piechociarzy samych na szczycie wzgórza. Ci mimo nagłego osamotnienia zebrali się jeszcze na ostatni, bohaterski zryw, przyjmując na siebie uderzenie sił hiszpańskich z każdej strony. W pełnym okrążeniu zdołali się bronić jeszcze kilkanaście minut, dając swoim kanonierom czas na zagważdżanie dział. Koniec końców, padli wszyscy, zaś wbiegli na szczyt Hiszpanie triumfalnie zatknęli na złamanej portugalskiej pice flagę Hiszpanii i wydali z tysięcy gardeł okrzyk zwycięstwa, w którym kryła się nuta szyderstwa, skierowana do uciekającej kawalerii…
+
Prawie stutysięczna armia Króla Jana V ruszyła w drogę zbyt późno, aby przeważyć losy trzeciej lub czwartej bitwy pod Meridą. Sam Król jednak nie zraził się tym – wsparcie, w postaci brata Manuela na czele 30 tysięcy zbiegłych spod miasta kawalerzystów wielce go ucieszyło, spodziewał się bowiem, iż wszystkie jego armie zostały doszczętnie rozbite. W tej sytuacji jednak nie wahał się ani odrobinę, ale ruszył w stronę Meridy, razem z ogromną armią, dla której – jak się zdawało – ziemi było mało.  
Pod koniec bitwy odnaleziono w parku artyleryjskim portugalskiego dowódcę, de Melo, który tak bohatersko bronił się przed śmiercią ku zdumieniu kanonierów, jeszcze żył, krytycznie ranny, nie wiadomo czym trzymany przy życiu. Razem z resztą ocalałych Portugalczyków został wzięty do niewoli, co stało się ostatecznym symbolem przegranej poddanych Króla Joao, „Szalonego”.  
+
 
 +
- Panie! Panie! – zdyszany zwiadowca hiszpański dopadł do stóp księcia de Tilly – Ogromna liczba Portugalczyków na nas idzie! Przeogromna!
 +
Książę tylko zamyślił się głęboko…
 +
 
 +
Gdy armie portugalskie szybko dotarły na niedawne pobojowisko, Król, nie myśląc wiele, dał ukaz do ataku, nie wysyłając nawet zwiadu. Niestety, dało to poważne konsekwencje. Portugalska piechota, która wyszła zza wzgórz, ujrzała barykady – barykady doprawdy makabryczne, zbudowane bowiem z ciał poległych w ostatnich bataliach żołnierzy, głównie Portugalskich… To straszliwe barbarzyństwo zdesperowanych Hiszpanów, choć uzasadnione desperacją i strachem, wstrząsnęło potężnie armią Jana. Dowódcy, wytrąceni z równowagi i ośmieleni własną liczebnością, nakazali piechocie ruszyć do przodu, prosto na makabryczne, bestialskie szańce. Gdy tylko armia podeszła odpowiednio blisko, zza nich odezwał się huraganowy ogień przerażającej siły ponad stu dział hiszpańskich, ostatniej siły, której de Tilly miał aż nadto. Tak zaskoczyło to Króla i jego dowódców, że dali rozkaz wycofać się i przegrupować. Król ponadto zrzekł się dowództwa na rzecz bardziej doświadczonych komendantów, co biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia było wielce rozsądnym krokiem. Armia ustawiła się w szyk standardowy, z artylerią w tyle, kawalerią na flankach, piechotą z przodu.
 +
Kolejny szturm był już zmasowany. Centrum ruszyło pełnym pędem, starając się dobiec aż do szańców, zanim artyleria hiszpańska zdąży zareagować, co częściowo się udało – pierwsza linia fizylierów Karola III została przebita, jednak wtedy piechota portugalska znów dostała się w huraganowy ostrzał artylerii, co zmusiło ją do kolejnego wycofania się, akurat w momencie, w którym do szturmu ruszyła konnica, flanując Hiszpanów. Na flankach natrafiła na śmieszne tak naprawdę ilości pikinierów, którzy jednak dali niespotykany popis męstwa i odwagi, w desperacji graniczącej z rozpaczą nie ustępując nawet na krok kawalerii Manuela Bragancy, która zmuszona była się wycofać, ciężko zszokowana męstwem Hiszpanów.
 +
Armie, po trzech godzinach starcia, wróciły do statusu quo.
 +
 
 +
Kolejne godziny obydwie strony wykorzystały do przegrupowania się i zreorganizowania. Portugalczycy przede wszystkim wytoczyli działa, których wcześniej nie zdążyli rozstawić i ustawili je we wcale dogodnych pozycjach, po czym ruszyli do ponownego natarcia pod ich osłoną, zarówno infanterią, jak i konnicą. Hiszpanie odpowiedzieli ogniem tak zmasowanym, że kilku kanonierów upadło z wyczerpania, zaś pięć dział w ogóle eksplodowało, zbyt szybko i zbyt niedbale napychanych przez zdesperowanych strzelców. Ogień dał co prawda efekt w postaci kolejnej masakry w szeregach portugalskich, jednak te nie dały się tym razem zatrzymać, dopadając do „martwych szańców” z obłąkańczą wściekłością w oczach i nie oszczędzając niczego. Piechota hiszpańska, przytłoczona masą ludzi oraz coraz bardziej podłamana na duchu, w akcie desperacji wycofała się do trzeciego szańca z trupów, stanowiącego ostatnią linię obrony. Poprawiło to trochę sytuacje Portugalczyków, bowiem artyleria znalazła się na tyle blisko ich, że zaczęła mieć problemy ze skutecznym ostrzałem. Hiszpanie jednak wciąż stawiali obłąkańczy opór, walcząc na śmierć i życie…
 +
Niepomyślnie rozwijała się też sytuacja na flankach. Kawaleria Braganców ponownie uderzyła na pikinierów hiszpańskich, którzy po raz kolejny – tym razem chyba już tylko z łaską Bożą – odparli ich, ponosząc horrendalne straty. Zadanie swoje jednak wypełnili, nie dopuszczając konnych do artylerii. Manuel Braganca, mając dość zaciekłych pikinierów, ruszył otaczać armie szerokim łukiem…
 +
 
 +
W tym samym momencie centrum hiszpańskie wreszcie zaczęło się łamać. Portugalczycy rzucili do walki resztę odwodów, przewyższając Habsburgów ponad trzykrotnie pod względem liczebności. Atakowani z trzech stron fizylierzy i grenadierzy starali się wciąż dawać opór, lecz w coraz większej ilości miejsc linia łamała się i pękała, choć cudem wciąż trzymała się w całości. Wszystkie wojska hiszpańskie rzucone va banque w centrum rozpoczęły tragiczny, acz wspaniały bój o życie, zdumiewając Portugalczyków zaciekłością i odwagą. Wszystko jednak ma swój koniec – po kilkudziesięciu minutach na horyzoncie pojawiła się ponownie jazda portugalska, która uderzyła na artylerzystów, kompletnie ich masakrując kopytami i szablami – rozpoczął się koniec hiszpańskiej armii. Dowództwo hiszpańskie ruszyło do panicznej ucieczki ostatnimi miejscami, w których nie było Portugalczyków. Kawaleria i piechota, gdy ujrzały tą ewakuację sztabu, nie zdzierżyła naporu psychicznie i także jęła uciekać, gdzie się da… Na polu pozostała jedynie grupa „Barcelona”, która, osłaniając odwrót reszty, została całkowicie unicestwiona. Przeżył tylko jeden, jedyny człowiek, który ranny, został ułaskawiony przez Króla, gdy dobijano niedobitki.
 +
 
 +
Koniec końców, bitwę wygrali Portugalczycy, jednak, dzięki heroicznej postawie hiszpańskiej armii z ogromnymi stratami, które wręcz zatrważająco dały dowód waleczności Habsburskiej armii. Kawaleria Manuela, ujrzawszy uciekającego wroga, ruszyła za nim w pościg, jednak wymęczone po forsownej bitwie konie nie nadążyły za Hiszpanami, których piętom strach dodał pędu. Ostatecznie, armia zebrała się pod Meridą, pod czujnym okiem Króla, który zyskał wreszcie, po pięciu epickich bataliach, to, czego szukał w tym małym granicznym mieście: otwartą drogi na Madryt.  
  
 
[[Kategoria:Wydarzenia]]
 
[[Kategoria:Wydarzenia]]
 
[[Kategoria:D3]]
 
[[Kategoria:D3]]

Aktualna wersja na dzień 22:36, 12 sty 2014

Piąta bitwa pod Meridą

Wydarzenie

Rok 1716
Edycja D3
Strony Portugalia vs. Hiszpania
Rezultat Zwycięstwo Portugalii
Następstwa: Pokój laterański


Piąta bitwa pod Meridą - ostatnia z bitew pod Meridą i jedyna, w której zwycięstwo odnieśli Portugalczycy.

Opis bitwy

Przedpola Meridy niewątpliwie staną się miejscem legendarnym. Po serii ogromnych starć między koroną hiszpańską a portugalską, to małe graniczne miasto jest już opiewane w wielu legendach i historiach. Tymczasem, gdy poeci już układali poematy o krwawo skropionych równinach Meridy, armie przygotowywały się już do piątej i chyba ostatniej batalii w tym rejonie…

Trzydzieści tysięcy jeźdźców, którym udało się zbiec z niefortunnego wzgórza, pola czwartej bitwy pod Meridą, smętnym kłusem wędrowało przez pola Hiszpanii, gdy na swojej drodze ujrzeli spory oddział pod własnymi sztandarami, prowadzony osobiście przez Króla Jana V, którego ostatnimi czasy zaczęto nazywać Szalonym. Na jego spotkanie wyjechał osobiście infant Manuel.

- Mój panie, bracie. – zasalutował pokornie królowi – Wracamy do domu. Armie rozbite, Portugalia pobita, nie mamy już czym walczyć… - Tak? - Szelmowski błysk w oczach Króla zapalił się na krótko – Drogi Manuelu, chyba nie zdajesz sobie z czegoś sprawy. – Jan V chwycił za uzdę konia swego kochanego brata i pociągnął go za sobą na pobliskie wzgórze, z którego Manuel ujrzał nieskończone bataliony pod purpurowymi sztandarami…

Prawie stutysięczna armia Króla Jana V ruszyła w drogę zbyt późno, aby przeważyć losy trzeciej lub czwartej bitwy pod Meridą. Sam Król jednak nie zraził się tym – wsparcie, w postaci brata Manuela na czele 30 tysięcy zbiegłych spod miasta kawalerzystów wielce go ucieszyło, spodziewał się bowiem, iż wszystkie jego armie zostały doszczętnie rozbite. W tej sytuacji jednak nie wahał się ani odrobinę, ale ruszył w stronę Meridy, razem z ogromną armią, dla której – jak się zdawało – ziemi było mało.

- Panie! Panie! – zdyszany zwiadowca hiszpański dopadł do stóp księcia de Tilly – Ogromna liczba Portugalczyków na nas idzie! Przeogromna! Książę tylko zamyślił się głęboko…

Gdy armie portugalskie szybko dotarły na niedawne pobojowisko, Król, nie myśląc wiele, dał ukaz do ataku, nie wysyłając nawet zwiadu. Niestety, dało to poważne konsekwencje. Portugalska piechota, która wyszła zza wzgórz, ujrzała barykady – barykady doprawdy makabryczne, zbudowane bowiem z ciał poległych w ostatnich bataliach żołnierzy, głównie Portugalskich… To straszliwe barbarzyństwo zdesperowanych Hiszpanów, choć uzasadnione desperacją i strachem, wstrząsnęło potężnie armią Jana. Dowódcy, wytrąceni z równowagi i ośmieleni własną liczebnością, nakazali piechocie ruszyć do przodu, prosto na makabryczne, bestialskie szańce. Gdy tylko armia podeszła odpowiednio blisko, zza nich odezwał się huraganowy ogień przerażającej siły ponad stu dział hiszpańskich, ostatniej siły, której de Tilly miał aż nadto. Tak zaskoczyło to Króla i jego dowódców, że dali rozkaz wycofać się i przegrupować. Król ponadto zrzekł się dowództwa na rzecz bardziej doświadczonych komendantów, co – biorąc pod uwagę późniejsze wydarzenia – było wielce rozsądnym krokiem. Armia ustawiła się w szyk standardowy, z artylerią w tyle, kawalerią na flankach, piechotą z przodu. Kolejny szturm był już zmasowany. Centrum ruszyło pełnym pędem, starając się dobiec aż do szańców, zanim artyleria hiszpańska zdąży zareagować, co częściowo się udało – pierwsza linia fizylierów Karola III została przebita, jednak wtedy piechota portugalska znów dostała się w huraganowy ostrzał artylerii, co zmusiło ją do kolejnego wycofania się, akurat w momencie, w którym do szturmu ruszyła konnica, flanując Hiszpanów. Na flankach natrafiła na śmieszne tak naprawdę ilości pikinierów, którzy jednak dali niespotykany popis męstwa i odwagi, w desperacji graniczącej z rozpaczą nie ustępując nawet na krok kawalerii Manuela Bragancy, która zmuszona była się wycofać, ciężko zszokowana męstwem Hiszpanów. Armie, po trzech godzinach starcia, wróciły do statusu quo.

Kolejne godziny obydwie strony wykorzystały do przegrupowania się i zreorganizowania. Portugalczycy przede wszystkim wytoczyli działa, których wcześniej nie zdążyli rozstawić i ustawili je we wcale dogodnych pozycjach, po czym ruszyli do ponownego natarcia pod ich osłoną, zarówno infanterią, jak i konnicą. Hiszpanie odpowiedzieli ogniem tak zmasowanym, że kilku kanonierów upadło z wyczerpania, zaś pięć dział w ogóle eksplodowało, zbyt szybko i zbyt niedbale napychanych przez zdesperowanych strzelców. Ogień dał co prawda efekt w postaci kolejnej masakry w szeregach portugalskich, jednak te nie dały się tym razem zatrzymać, dopadając do „martwych szańców” z obłąkańczą wściekłością w oczach i nie oszczędzając niczego. Piechota hiszpańska, przytłoczona masą ludzi oraz coraz bardziej podłamana na duchu, w akcie desperacji wycofała się do trzeciego szańca z trupów, stanowiącego ostatnią linię obrony. Poprawiło to trochę sytuacje Portugalczyków, bowiem artyleria znalazła się na tyle blisko ich, że zaczęła mieć problemy ze skutecznym ostrzałem. Hiszpanie jednak wciąż stawiali obłąkańczy opór, walcząc na śmierć i życie… Niepomyślnie rozwijała się też sytuacja na flankach. Kawaleria Braganców ponownie uderzyła na pikinierów hiszpańskich, którzy po raz kolejny – tym razem chyba już tylko z łaską Bożą – odparli ich, ponosząc horrendalne straty. Zadanie swoje jednak wypełnili, nie dopuszczając konnych do artylerii. Manuel Braganca, mając dość zaciekłych pikinierów, ruszył otaczać armie szerokim łukiem…

W tym samym momencie centrum hiszpańskie wreszcie zaczęło się łamać. Portugalczycy rzucili do walki resztę odwodów, przewyższając Habsburgów ponad trzykrotnie pod względem liczebności. Atakowani z trzech stron fizylierzy i grenadierzy starali się wciąż dawać opór, lecz w coraz większej ilości miejsc linia łamała się i pękała, choć cudem wciąż trzymała się w całości. Wszystkie wojska hiszpańskie rzucone va banque w centrum rozpoczęły tragiczny, acz wspaniały bój o życie, zdumiewając Portugalczyków zaciekłością i odwagą. Wszystko jednak ma swój koniec – po kilkudziesięciu minutach na horyzoncie pojawiła się ponownie jazda portugalska, która uderzyła na artylerzystów, kompletnie ich masakrując kopytami i szablami – rozpoczął się koniec hiszpańskiej armii. Dowództwo hiszpańskie ruszyło do panicznej ucieczki ostatnimi miejscami, w których nie było Portugalczyków. Kawaleria i piechota, gdy ujrzały tą ewakuację sztabu, nie zdzierżyła naporu psychicznie i także jęła uciekać, gdzie się da… Na polu pozostała jedynie grupa „Barcelona”, która, osłaniając odwrót reszty, została całkowicie unicestwiona. Przeżył tylko jeden, jedyny człowiek, który ranny, został ułaskawiony przez Króla, gdy dobijano niedobitki.

Koniec końców, bitwę wygrali Portugalczycy, jednak, dzięki heroicznej postawie hiszpańskiej armii – z ogromnymi stratami, które wręcz zatrważająco dały dowód waleczności Habsburskiej armii. Kawaleria Manuela, ujrzawszy uciekającego wroga, ruszyła za nim w pościg, jednak wymęczone po forsownej bitwie konie nie nadążyły za Hiszpanami, których piętom strach dodał pędu. Ostatecznie, armia zebrała się pod Meridą, pod czujnym okiem Króla, który zyskał wreszcie, po pięciu epickich bataliach, to, czego szukał w tym małym granicznym mieście: otwartą drogi na Madryt.