V Bitwa pod Meridą (D3)
| Piąta bitwa pod Meridą
Wydarzenie |
|
|---|---|
| Rok | 1716 |
| Edycja | D3 |
| Strony | Portugalia vs. Hiszpania |
| Rezultat | Zwycięstwo Portugalii |
| Następstwa: Pokój laterański | |
Piąta bitwa pod Meridą - ostatnia z bitew pod Meridą i jedyna, w której zwycięstwo odnieśli Portugalczycy.
Opis bitwy
Nieledwie echa porażki Exercito de Norte przeszły po polach Meridy, nadszedł czas na kolejną, kto wie, czy nie ostatnią już batalię o to niewielkie w końcu graniczne miasto. Bitwa osiągnęła oszałamiający numer porządkowy cztery. Ów fakt, jak już wiadomo, tragicznie zrujnował cały obszar, oraz doprowadził do masowej migracji ludności, która miała serdecznie dość coraz to kolejnych armii przetaczających się przez ich domostwa. Tymczasem batalia nadal trwała, osiągając kolejny punkt kulminacyjny opodal miejsc poprzednich bitew.
Zaledwie dwa dni po porażce batalionu północnego, na wzgórzach na zachód od Meridy, rzadkich w tym rejonie, więc cennych taktycznie, zajęły pozycje dwie nowe armie Portugalskie, które miały wspomóc Exercito de Norte w walce, jednak nie zdążyły dotrzeć na miejsce przed starciem. Mimo to, dowódcy portugalscy nie tracili nadziei. Ponieważ wyjątkowo przysługiwał im przywilej wybrania miejsca bitwy, wybrali właśnie owe wzgórza. Na szczycie najwyższego ustawili artylerię, ochranianą przez jednolity blok piechoty, złożony z muszkieterów i fizylierów, ustawiony w „szachownicę”, czyli zabezpieczający szyk polegający na zostawieniu dużych odstępów pomiędzy batalionami. Za nimi, wyjątkowo, usadowili się pikinierzy, zaś na flankach standardowo stanęła kawaleria, w potężnej liczbie. Naprzeciw nim stanęli Hiszpanie w podobnym szyku – w centrum fizylierzy oraz grenadierzy, na flankach pikinierzy oraz kawaleria, artyleria z tyłu w centrum. Bitwa rozpoczęła się wzajemnym ostrzałem artyleryjskim. Działa portugalskie, mając większą donośność z racji korzystniejszego ustawienia, spowodowały pewne straty, lecz było ich bez mała dwa razy mniej, niż hiszpańskich, więc to poddani Karola III uzyskali na tym polu przewagę. Naraz, do szturmu ruszyli fizylierzy hiszpańscy, z potężną zaciętością uderzając na centrum portugalskie. Tam, muszkieterzy i fizylierzy jęli cofać się „szachownicą”, ustępując miejsca pikinierom, którzy wzięli na siebie – z dość mizernym skutkiem – uderzenie piechoty. Kawaleria hiszpańska, widząc, iż w centrum sprawy mają się dobrze, ruszyła na flanki portugalskie. Byli zmuszeni uderzać pod górę, na dodatek pod słońce, bowiem pora była późna – z tego powodu atak został bez większych problemów powstrzymany przez konnicę portugalską, która urządziła regularną rzeź hiszpańskiej dragonii, znajdującej się w najgorszym możliwym do walki położeniu. Jednocześnie z tymi wydarzeniami, od portugalskiego wojska oddzielił się niewielki oddział konnicy pod wodzą Jaima de Melo, którego zadaniem było przedostać się do parku artyleryjskiego i go zniszczyć. Oddziałowi udało się bez poważnych strat otoczyć szerokim łukiem pole bitwy, jednak był zbyt mizerny, aby przeciwstawić się szeregom pikinierów, pilnujących armat. Ruszono jednak do beznadziejnej, samobójczej w gruncie rzeczy szarży na piki, która skończyła się rzezią huzarów. Sam de Melo, raniony, spadł z konia, po czym broniąc się, obalił jeszcze pięciu żołnierzy wroga, aż dostał w głowę uderzeniem dwudziestostopowej piki, w wyniku czego padł.
Tymczasem w centrum armie zwarły się na dobre. Fizylierzy i grenadierzy hiszpańscy złamali bez problemów portugalski szyk pikinierów, przechodząc do walki z szachownicą muszkieterów. Formacja ta była pomyślana z myślą o szarży kawalerii, więc nie mieli oni większych problemów z sukcesywnym i skutecznym przebijaniem się coraz dalej, zwłaszcza, że artyleria hiszpańska urządzała w dalszych szeregach istną krwawą łaźnię, z której mało kto miał szanse wyjść żywy. Łamało to tragicznie morale Portugalczyków, którzy miejscami oddawali niektóre linie szeregów właściwie bez walki, oddając jedną salwę i wycofując się jak najszybciej w tył – o, ironio – prosto pod ogień artyleryjski. Sytuacja stawała się dramatyczna, bowiem w niektórych miejscach Hiszpanie przebili się aż do artylerii, jednak regularnie dosyłane odwody fizylierów ratowały wciąż centralną część frontu. W tym samym czasie na flankach sytuacja rysowała się zgoła odwrotnie – po rozniesieniu na strzępy kawalerii hiszpańskiej, konnica ruszyła do całkowicie zabójczej szarży w dół wzgórza, która dosłownie zmiotła niewielu stojących tam pikinierów, po czym jęła przebijać się do parku artyleryjskiego, mając nadzieję na powstrzymanie straszliwej hiszpańskiej nawałnicy żelaza. Wtedy jednak nastąpił przełom dla Hiszpanów – centrum portugalskie, napierane coraz to większymi masami fizylierów i grenadierów, zaczęło się łamać, wpuszczając ich do własnego parku artyleryjskiego, niektóre oddziały Ex Portugues rozpoczęły paniczną ucieczkę. Z gardeł poddanych Karola rozległ się zgodny krzyk zwycięstwa. Infant Manuel de Braganca starał się ratować sytuację – po raz kolejny masakrując resztki pikinierów, wrócił na szczyt wzgórza, do dowódców piechoty, zamierzając rozpędzić tłum nieprzyjacielskiej piechoty szarżą kirasjerii. Dowódca piechoty jednak, Virgilio de Canelas, obawiając się powtórzenia błędu popełnionego w poprzedniej bitwie, był przeciwny. W czasie, gdy dowódcy kłócili się, Hiszpanie zaczęli otaczać wzgórze, zaś artyleria uderzyła całym swoim zmasowanym ogniem na kawalerię, która w ostatniej chwili przez opieszałość Canelasa nie była w stanie uratować sytuacji…
Było już za późno. Dowództwo portugalskie, tym razem zgodne, zadecydowało o natychmiastowym odwrocie kawalerii, pozostawiając piechociarzy samych na szczycie wzgórza. Ci – mimo nagłego osamotnienia – zebrali się jeszcze na ostatni, bohaterski zryw, przyjmując na siebie uderzenie sił hiszpańskich z każdej strony. W pełnym okrążeniu zdołali się bronić jeszcze kilkanaście minut, dając swoim kanonierom czas na zagważdżanie dział. Koniec końców, padli wszyscy, zaś wbiegli na szczyt Hiszpanie triumfalnie zatknęli na złamanej portugalskiej pice flagę Hiszpanii i wydali z tysięcy gardeł okrzyk zwycięstwa, w którym kryła się nuta szyderstwa, skierowana do uciekającej kawalerii… Pod koniec bitwy odnaleziono w parku artyleryjskim portugalskiego dowódcę, de Melo, który tak bohatersko bronił się przed śmiercią – ku zdumieniu kanonierów, jeszcze żył, krytycznie ranny, nie wiadomo czym trzymany przy życiu. Razem z resztą ocalałych Portugalczyków został wzięty do niewoli, co stało się ostatecznym symbolem przegranej poddanych Króla Joao, „Szalonego”.