23-Feb-2019, 06:39 PM
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23-Feb-2019, 06:53 PM przez Ismerus.)
Braniboria
1206
1206
![[Obrazek: Frischlow_3.jpg?width=400&height=250]](https://media.discordapp.net/attachments/499645792487997460/548921329580113921/Frischlow_3.jpg?width=400&height=250)
Gościwuja obudziło nieznośne parcie na pęcherz. Cóż, nie było dobrym pomysłem osuszać dzbana piwa przed udaniem na spoczynek... Teraz chcąc nie chcąc musiał opuścić namiot, aby ulżyć sobie gdzieś w pobliskim lasku. Nie uszedł jednak daleko, gdy jego uwagę zwróciła dziwna jasność na horyzoncie... Z tego co wiedział w tamtym kierunku, może mile dwie albo trzy dalej znajdował się dworek Odrowążów. Znał Michała Odrowąża, który był tam panem... Zginął jednak pechowiec w Jantarze, strzałą rażony.
- Gore! - krzyknął Gościwuj. - Pali się!
Na jego okrzyk z sąsiednich namiotów zaczęli wypadać inni rycerze, desperacko usiłując podciągnąć spodnie czy zawiązać tuniki.
- Co się pali? Gdzie? - zapytał jeden z nich. - Obóz się pali?
- Nie. Dobra Odrowążów! - wskazał w stronę coraz jaśniejszej łuny.
- A to spieprzaj, już myślałem że ktoś ogień zaprószył... - mruknął któryś ze starszych rycerzy i zasunął znowu połę namiotu. Przybywało jednak kolejnych, a zgromadzeni wpatrywali się z pewną konfuzją w horyzont.
- No co tak stoicie?! - zakrzyknął Gościwuj. - Trzeba jechać i zobaczyć co się dzieje. Mogą tam pomocy potrzebować.
Odpowiedziało mu potakujące pomrukiwanie kilku innych rycerzy.
- No. Maaaaćko! - zakrzyknął na swojego pachołka. - Konia siodłaj! Ja tylko odlać się skoczę...
Jakiś czas potem, grupa kilkunastu ochotników minęła wzgórza oddzielające ich dóbr rodu Odrowążów. Od jakiegoś czasu czuli już jednak dobrze znany im z wojny smród... Odór palonej wioski. Gdy stanęli na szczycie pagórka, jeden z towarzyszy Gościwuj wymamrotał tylko.
- Niech mnie Adro wychędoży...
Widok, który ujrzeli w szarówce tego szczególnego momentu przed świtem był w istocie ponury. To nie był przypadkowy pożar - to było celowe podpalenie. Chłopskie chaty właśnie kończyły się dopalać, a w centrum przysiółka dostrzec można było prawdziwą stertę zwłok. Leżący kawałek dalej sporych rozmiarów dworek płonął jak pochodnia - aby chwilę później w głośnym hukiem runąć, gdy osłabione przez pożar ściany zawaliły się do środka.
- No dalej panowie bracia! - zakrzyknął Gościwuj. - Naprzód! Może jeszcze kto żyw został! Albo dorwiemy chociaż skurwieli którzy to zrobili.
Jak powiedział tak zrobili - rycerze popędzili swoje wierzchowce i ruszyli przez wioskę. Widok, który ujrzeli nawet im zmroził krew w żyłach - najwyraźniej ktoś spędził chłopów w jedno miejsce, aby następnie ich wymordować - wszystkie ciała nosiły liczne ślady po cięciach mieczem czy pchnięć włócznią. Na rozległym podwórzu dworu przybyłych czekał jednak jeszcze straszliwszy widok - tutaj napastnicy najwyraźniej postanowili sobie pofolgować i poświęcili swoim ofiarom więcej czasu. Do bram przybito włóczniami niczym makabryczną ozdobę dwójkę dzieci, które następnie wybebeszono. Na samym podwórzu spoczywały zwłoki kilkunastu osób - bez wyjątku porąbanych na kawałki, z wyprutymi wnętrznościami czy naszpikowanych bełtami jak jeże. Jeden ze służących został nawet obwieszony na płocie - na własnych jelitach. Pozbawione ciała głowy nabito na włócznie, ustawiając je naprzeciw siebie tak, jakby zmarli mieli być złączeni w pocałunku.
- kurczaki. - mruknął tylko Gościwuj. Inny rycerz zabulgotał lekko, po czym przechylił się w siodle i zaczął głośno wymiotować.
- Śladów szukać. - rozkazał samozwańczy przywódca grupy. Musiało ich być sporo i daleko ujść nie mogli.
I faktycznie tak było - szybko znaleziono ślady kilkunastu koni, wiodące na południe - najwyraźniej mordercy uszli w wyraźnym pośpiechu. Zanim jednak Gościwuj zdecydował co dalej zrobić, jego uwagę zwróciło lekkie poruszenie się pobliskich krzaków. Rycerz zsiadł z konia i ostrożnie się do nich zbliżył. Gdy odsunął gałęzie, jego oczom ukazała się młoda dziewczyna w niewiarygodnie brudnej koszuli. Kuliła się ona z przerażenia, najwyraźniej niezdolna już nawet do ucieczki...
- Ktoś jednak przeżył. - zakrzyknął do swoich towarzyszy rycerz. - Dobra... Mirko, leć do obozu i powiedz co się stało. Trzeba nam więcej ludzi i w pościg ruszyć...
Wacław VI westchnął ciężko i wyraźnie zmęczonym gestem potarł skronie. Od incydentu minęło kilka godzin, a obóz przypominał gniazdo szerszeni w które ktoś wetknął kij. Szlachta rozbiegła się po okolicy, sprawdzając co z innymi dworkami i wioskmi - a kilkudziesięciu najlepiej zorganizowanych ruszyło na południe, kierując się śladem tajemniczych napastników.
- Jeszcze raz. - władca starał się brzmieć najłagodniej jak tylko mógł. - Zacznijmy jeszcze raz. A więc mówisz, że schowałaś się za skrzynkami i cię nie zobaczyli, tak?
Znaleziona w nocy dziewczyna lekko pokiwała głową. Umyta i ubrana wyglądała niego lepiej, acz można było zauważyć że w jej włosach pojawiły się siwe pasma. I tak dobrze było, że w ogóle cokolwiek pamiętała i można było z nią choćby próbować porozmawiać - nawet jeśli co chwilę wpadała w panikę, albo dostała ataku histerii. Teraz po raz pierwszy od kilku godzin wydawało się, że może uda się z niej wyciągnąć cokolwiek konkretnego.
- Obudziło mnie jak krzyczeli. - wymamrotała. - Że śmierć. Śmierć nam, tod. Tak krzyczeli. Heretykom śmierć... - zaczęła coś mamrotać nieokreślenie przez dłuższą chwilę, jednak nagle uspokoiła się. Któremuś z towarzyszących władcy możnych wymsknęło się ciche westchnienie ulgi. Obawiał się już, że czeka ich kolejny atak płaczu.
- Widziałaś ich? - zapytał władca.
- Ta... Tak... Jak biegłam do płotu... Obejrzałam się... Mieli białe tuniki... i znaki... I włócznie... I miecze... Topory...
- Tod... - powiedział do siebie władca, po czym wyraźnie się zamyślił. Po chwili wstał i przeszedł do stołu. Sięgnął po kawałek papieru i pióro, po czym szybkimi ruchami coś nakreślił.
- Taki znak? - pokazał dziewczynie dość schematycznie narysowany zamek. Ta pokiwała głową... Po czym zaczęła płakać.
- To chyba wystarczy. - powiedział Wacław i gestem wezwał stojącą przy wejściu do namiotu służkę. Ta na wpół wyprowadziła, na wpół wyniosła nadal płaczącą dziewczynę na zewnątrz.
Kilka dni później do obozu wróciła grupa pościgowa - z pustymi rękoma. Dotarli oni aż do granicy państwa zakonnego - gdzie jak okazało się, tajemniczy napastnicy wymordowali grupę żołnierzy strzegących traktu, po czym umknęli na południe. Towarzyszący podczas przesłuchania jedynej ocalałej z masakry możni nie potrafili jednak utrzymać języka za zębami i szczegóły rozmowy szybko rozniosły się po całym obozie - sytuacja była dla wszystkich jasna - napastnicy używali słów z używanego na ziemiach zakonnych języka reterskiego, nosili też ich znaki... Szlachta była wściekła, a gniew rósł z godziny na godzinę - szybko pod namiotem władcy zebrał się liczący setki ludzi tłum. Ich żądania były proste - pomsta na zakonnikach, którzy dokonali tak straszliwej zbrodni. Król znalazł się w sytuacji bez wyjścia i wysłał do wielkiego mistrza ultimatum, żądając wydania sprawców masakry i wycofania się z ziem Jantaru - inaczej wypowiedziana zostanie wojna... Stało się więc to czego się obawiano - zawarte w Jantarze porozumienie nie przetrwało próby czasu i uniknięcie otwartego konfliktu wydaje się być w tej chwili mało prawdopodobne.
-Napaść na braniborską wieś i rzeź jej mieszkańców,
-Świadek oskarża Zakon Płonących Mieczy o dokonanie zbrodni,
-Wzburzona szlachta wymusza na Wacławie IV wydanie ultimatum Zakonowi: albo Zakon wycofa się z Jantaru i wyda sprawców masakry albo wybuchnie wojna.
