26-Feb-2019, 04:36 PM
Anszanat
1206
1206
Dzień 1:
Na święty płomień, ale się cieszę! Czcigodny, mądry i przecudowny Aszan, Bahram V wybrał me, swego uniżonego i niegodnego sługę bym wziął udział w wyprawie kupieckiej. Ale to nie byle jakiej! Mamy pojechać aż poza krańce świata, tam gdzie słońce ginie w otchłaniach pustki, pożerana przez wielkie piaskowe smoki... Niby strach jest, że się na nie natkniemy ale kierownik naszej wyprawy Battuta uspokaja wszystkich, że podobno jak będziemy szli nową przez pustynię to się na nie nie natkniemy. Swój chłop! Ale wracam się teraz pakować, niedługo ruszamy...
Dzień 5:
Mija już piąty dzień jak nasza wyprawa wyruszyła z Szapur. Chwilowo wszyscy są w świetnych nastrojach, lokalny gubernator przydzielił nam niemałą eskortę do granicy. Tylko ci kapłani trzymają się na uboczu... żaden nie podejdzie do ogniska, nie podzieli się daktylami. Czuję, że będą sprawiać kłopoty.
Dzień 8:
Widzimy ją. Przełęcz Ognista. Człowiek czuje się taki mały patrząc na te skalne ściany po jej bokach. I pomyśleć, że zaraz opuścimy znany świat. Za nią z całej wyprawy był tylko Battuta i pewien starszy kupiec Edheli. Ale on jest dziwny. Mówi tylko o świetle za przełęczą.
Dzień 10:
To był żywy koszmar. Przełęcz powinna się nazywać cholerną, a nie ognistą! Przy wspinaczce wczoraj ni stąd ni zowąd spadła na nas kupa kamieni ze zbocza. Tragarz i dwa konie spadły w dół. A te cholerne kamienie zmiażdżyły mi palec! Dobrze, że Battuta mówi, że jeszcze księżyc i będziemy na Ergu. To mądry człowiek.
Dzień 11:
Niech mnie święty ogień pochłonie! Tyle piasku to chyba nawet w Raszimie nie ma! Patrzymy na to z góry i nic nie widać. A jesteśmy wysoko. Mamo, czemu ja się na to zgodziłem?
Dzień 24:
Gorąco... woda się kończy, a nawet ta co nam została smakuje piaskiem. Wszędzie on. W zębach, na rękach, w butach... nawet w chlebie go czuję. Mam nadzieję, że zaraz coś znajdziemy. Trzy dni temu minęliśmy małą oazę. Czemu nie wziąłem więcej bukłaków?
Dzień 41:
Została nam już tylko ta sucha wołowina. Nienawidzę jej. Coś mi mówi, że kapłani mają gdzieś jeszcze chleb tylko ukrywają go przed nami! Tym to jest dobrze...
Dzień 43:
Stało się, zostawił nas Edheli. W jednej chwili szedł obok mojego konia, w drugiej go nie było. Tego dnia straciliśmy z oczu trzech tragarzy. Battuta mówi, że pochłonęła ich pustynia. Kiedy mnie zjedzą piaski?
Dzień 59:
Wreszcie! Wreszcie chyba widać koniec tej wielkiej piaskownicy. Z pagórka widać było jakąś rzekę chyba w oddali... miejmy nadzieję, że to nie jest ułuda.
Dzień 60:
Erg się skończył. Teraz wędrówka nasza wiedzie przez płaskie stepy, ale podążamy wzdłuż rzeki. Nigdy nie sądziłem, że widok zwykłego potoku mnie tak uraduje. Przynajmniej można uzupełnic zapasy. Zwłaszcza że Maliq widział podobno w pobliżu stado włochatych zwierząt.
Dzień 62:
Dziś w nocy mało kto spał. W nocy nasz przewodnik dostrzegł dym z ogniska w oddali. Czyli ktoś tu na przeklętej ziemi mieszka?
Dzień 63:
Oni wyglądają tak jak my. Tylko mówią w jakimś dziwnym narzeczu. Battuta chyba ich rozumie. Mówi, że brzmią trochę jak mieszkańcy Bejliku. Jak dla mnie jednak nic nie jest zrozumiałe. Przyjechali do nas z rana. Na swoich rączych koniach. Są bardzo przyjaźni.
Dzień 64:
Battuta mówi, że prowadzą nas ku ich osadzie. Spotkamy tam może kupców? Wreszcie na coś przyda się moje srebro.
Dzień 65:
Niech będą przeklęci ci kapłani i ten ich ogień! Zaprowadzili nas do jakiegoś ich wodza. Jedliśmy, piliśmy, mieli dziwne jedzenie ale każdy pożerał je jak tylko mógł. Nawet kobiety sprowadzili do sali! Wszystko było dobrze do czasu aż ten bęcwał Ibn oraz jego zgraja nie zaczęli mówić o świętym ogniu i nie rozniecili ognia na środku sali. Nie spodobało się widać to miejscowym bo rzucili się na nas. Ibn został pocięty na drobne kawałki – podobnie jego pomocnicy. Nas zaś zamknęli w jakiejś klatce? Udało mi się tylko dziennik w sztach schować... co teraz z nami będzie?
Nie wiem, który dziś jest dzień.
Minęło wiele księżyców od tego pamiętnego wieczoru. Wieczoru gdzie zabrano nam wolność. Sprzedali nas. Po kolei do różnych panów. Mnie i paru innych zostawili w tamtym domostwie, miałem pomagać przy bydle. Trochę nauczyłem się ichniejszego języka przez ten czas i to mnie wybawiło. Pewnego dnia zjechali jacyś nowi ludzie do osady. Ubrani byli tak jak miejscowi, ale twarze ich były białe, a między sobą mówili w nieznanym mi języku. Pan mój chciał się nami pochwalić. Widać byliśmy na tyle ciekawi, że tamci nas po długich negocjacjach kupili. Mnie i czterech innych co pozostali z wyprawy. Opowiedzieliśmy im o naszej ojczyźnie, utęsknionej i straconej. Chyba zdziwiło ich, że ktoś przetrwał przeprawę przez Erg. Mówili, że nie pochodzą stąd, a kraj ich jest wiele miesięcy drogi na zachód, a oni przybywają tu tylko w interesach. Widać jednak pieniądze nie znają granic... bo zechcieli i dalej ruszyć z pieniędzmi. Lecz sami nie chcieli ruszać za nami. Kazali nam wrócić do Anszana i powiedzieć że będą czekać z towarami. Dali nam zapasy, świeże konie i dziwną pieczęć. Jakiś zwierzęć na niej jest, ze skrzydłami i pyskiem strasznym. Powiedzieli, że li to smok jest – symbol ich kraju zwanego chyba Mureliana... Tak przynajmniej zrozumiałem... No i wyruszyliśmy w drogę do domu.
Kiedy piszę te słowa na horyzoncie widzę Przełęcz Ognistą. Nie myślałem, że będę się jeszcze tak cieszył na jej widok...
-Anszanacka wyprawa na zachód, poza krańce znanego świata;
-Podróżnicy odkrywają stepy zamieszkałe przez nieznanych koczowników;
-Do Anszanatu wrócił tylko piątka podróżnych, którzy przynieśli ze sobą pieczęć ze znakiem smoka.
