Wydarzenia
#21
Anszanat
1206

[Obrazek: 1024px-Har%C3%AEr%C3%AE_Schefer_-_BNF_Ar5847_f.51.jpg]
Dziennik kupca Melhbiego:

Dzień 1:
Na święty płomień, ale się cieszę! Czcigodny, mądry i przecudowny Aszan, Bahram V wybrał me, swego uniżonego i niegodnego sługę bym wziął udział w wyprawie kupieckiej. Ale to nie byle jakiej! Mamy pojechać aż poza krańce świata, tam gdzie słońce ginie w otchłaniach pustki, pożerana przez wielkie piaskowe smoki... Niby strach jest, że się na nie natkniemy ale kierownik naszej wyprawy Battuta uspokaja wszystkich, że podobno jak będziemy szli nową przez pustynię to się na nie nie natkniemy. Swój chłop! Ale wracam się teraz pakować, niedługo ruszamy...


Dzień 5:
Mija już piąty dzień jak nasza wyprawa wyruszyła z Szapur. Chwilowo wszyscy są w świetnych nastrojach, lokalny gubernator przydzielił nam niemałą eskortę do granicy. Tylko ci kapłani trzymają się na uboczu... żaden nie podejdzie do ogniska, nie podzieli się daktylami. Czuję, że będą sprawiać kłopoty.


Dzień 8:
Widzimy ją. Przełęcz Ognista. Człowiek czuje się taki mały patrząc na te skalne ściany po jej bokach. I pomyśleć, że zaraz opuścimy znany świat. Za nią z całej wyprawy był tylko Battuta i pewien starszy kupiec Edheli. Ale on jest dziwny. Mówi tylko o świetle za przełęczą.

Dzień 10:
To był żywy koszmar. Przełęcz powinna się nazywać cholerną, a nie ognistą! Przy wspinaczce wczoraj ni stąd ni zowąd spadła na nas kupa kamieni ze zbocza. Tragarz i dwa konie spadły w dół. A te cholerne kamienie zmiażdżyły mi palec! Dobrze, że Battuta mówi, że jeszcze księżyc i będziemy na Ergu. To mądry człowiek.

Dzień 11:
Niech mnie święty ogień pochłonie! Tyle piasku to chyba nawet w Raszimie nie ma! Patrzymy na to z góry i nic nie widać. A jesteśmy wysoko. Mamo, czemu ja się na to zgodziłem?

Dzień 24:
Gorąco... woda się kończy, a nawet ta co nam została smakuje piaskiem. Wszędzie on. W zębach, na rękach, w butach... nawet w chlebie go czuję. Mam nadzieję, że zaraz coś znajdziemy. Trzy dni temu minęliśmy małą oazę. Czemu nie wziąłem więcej bukłaków?

Dzień 41:
Została nam już tylko ta sucha wołowina. Nienawidzę jej. Coś mi mówi, że kapłani mają gdzieś jeszcze chleb tylko ukrywają go przed nami! Tym to jest dobrze...

Dzień 43:
Stało się, zostawił nas Edheli. W jednej chwili szedł obok mojego konia, w drugiej go nie było. Tego dnia straciliśmy z oczu trzech tragarzy. Battuta mówi, że pochłonęła ich pustynia. Kiedy mnie zjedzą piaski?

Dzień 59:
Wreszcie! Wreszcie chyba widać koniec tej wielkiej piaskownicy. Z pagórka widać było jakąś rzekę chyba w oddali... miejmy nadzieję, że to nie jest ułuda.

Dzień 60:
Erg się skończył. Teraz wędrówka nasza wiedzie przez płaskie stepy, ale podążamy wzdłuż rzeki. Nigdy nie sądziłem, że widok zwykłego potoku mnie tak uraduje. Przynajmniej można uzupełnic zapasy. Zwłaszcza że Maliq widział podobno w pobliżu stado włochatych zwierząt.

Dzień 62:
Dziś w nocy mało kto spał. W nocy nasz przewodnik dostrzegł dym z ogniska w oddali. Czyli ktoś tu na przeklętej ziemi mieszka?

Dzień 63:
Oni wyglądają tak jak my. Tylko mówią w jakimś dziwnym narzeczu. Battuta chyba ich rozumie. Mówi, że brzmią trochę jak mieszkańcy Bejliku. Jak dla mnie jednak nic nie jest zrozumiałe. Przyjechali do nas z rana. Na swoich rączych koniach. Są bardzo przyjaźni.

Dzień 64:
Battuta mówi, że prowadzą nas ku ich osadzie. Spotkamy tam może kupców? Wreszcie na coś przyda się moje srebro.

Dzień 65:
Niech będą przeklęci ci kapłani i ten ich ogień! Zaprowadzili nas do jakiegoś ich wodza. Jedliśmy, piliśmy, mieli dziwne jedzenie ale każdy pożerał je jak tylko mógł. Nawet kobiety sprowadzili do sali! Wszystko było dobrze do czasu aż ten bęcwał Ibn oraz jego zgraja nie zaczęli mówić o świętym ogniu i nie rozniecili ognia na środku sali. Nie spodobało się widać to miejscowym bo rzucili się na nas. Ibn został pocięty na drobne kawałki – podobnie jego pomocnicy. Nas zaś zamknęli w jakiejś klatce? Udało mi się tylko dziennik w sztach schować... co teraz z nami będzie?

Nie wiem, który dziś jest dzień.
Minęło wiele księżyców od tego pamiętnego wieczoru. Wieczoru gdzie zabrano nam wolność. Sprzedali nas. Po kolei do różnych panów. Mnie i paru innych zostawili w tamtym domostwie, miałem pomagać przy bydle. Trochę nauczyłem się ichniejszego języka przez ten czas i to mnie wybawiło. Pewnego dnia zjechali jacyś nowi ludzie do osady. Ubrani byli tak jak miejscowi, ale twarze ich były białe, a między sobą mówili w nieznanym mi języku. Pan mój chciał się nami pochwalić. Widać byliśmy na tyle ciekawi, że tamci nas po długich negocjacjach kupili. Mnie i czterech innych co pozostali z wyprawy. Opowiedzieliśmy im o naszej ojczyźnie, utęsknionej i straconej. Chyba zdziwiło ich, że ktoś przetrwał przeprawę przez Erg. Mówili, że nie pochodzą stąd, a kraj ich jest wiele miesięcy drogi na zachód, a oni przybywają tu tylko w interesach. Widać jednak pieniądze nie znają granic... bo zechcieli i dalej ruszyć z pieniędzmi. Lecz sami nie chcieli ruszać za nami. Kazali nam wrócić do Anszana i powiedzieć że będą czekać z towarami. Dali nam zapasy, świeże konie i dziwną pieczęć. Jakiś zwierzęć na niej jest, ze skrzydłami i pyskiem strasznym. Powiedzieli, że li to smok jest – symbol ich kraju zwanego chyba Mureliana... Tak przynajmniej zrozumiałem...  No i wyruszyliśmy w drogę do domu.
Kiedy piszę te słowa na horyzoncie widzę Przełęcz Ognistą. Nie myślałem, że będę się jeszcze tak cieszył na jej widok...

-Anszanacka wyprawa na zachód, poza krańce znanego świata;
-Podróżnicy odkrywają stepy zamieszkałe przez nieznanych koczowników;
-Do Anszanatu wrócił tylko piątka podróżnych, którzy przynieśli ze sobą pieczęć ze znakiem smoka.
#22
Ussura
1206

[Obrazek: Allegory_of_the_1st_partition_of_Poland.jpg]
Obrazek wykonany 500 lat po kapitulacji Ussury

Rok 1206 zakończył się nader spokojnie dla zachodniego Imperiusa. Odetchnęli chłopi, których wioskom oszczędzono typowego dla wojennych działań palenia i grabieży. Odetchnęli kupcy, dla których oznaczało to szanse na ponowne bezpieczeństwo na szlakach. Odetchnęli w końcu i prości wojacy, którym oszczędzono wątpliwej przyjemności umierania za ambicje swych władców. Wraz z podpisaniem kapitulacji Ussury, armie zaczęły rozchodzić do domu, zwycięzcy mogli wznieść kielichy na ucztach zwycięstwa, a pokonani zagryźć zęby w bezsilnej furii. Jedynymi niepocieszonymi byli bardowie i minstrele - bo jakże tu układać pieśni o bohaterskich dokonaniach, skoro takowych nie było?

Carat Ussury był do niedawna państwem o iście monumentalnych rozmiarach - prawdopodobnie największym mocarstwem Imperiusa, stworzonym przez jednego człowieka - cara Jaropełka Jegorowa. Ów władca, zapamiętany zostanie jako prawdopodobnie największy z władców Ussury, który twardą ręką tłumił wszystkie niepokoje, a podczas swych wojennych kampanii podporządkował krajowi księstwo Baghdati i bejlik Gazirehu. Car miał jednak pewien problem - problem który stać się miał przyczyną wielu nieszczęść jego kraju. Sromotą cara był fakt, że mimo usilnych starań nie zdołał spłodzić potomka, a temu że potomek jego żony Ludmiły - Władym jest bękartem zaprzeczać mogli tylko ci, którzy widzieli w tym polityczny zysk. Lata mijały, następcy nie było a problem narastał. Gdy car umarł we własnym łóżku, pełzający kryzys eksplodował z pełną siłą.

Wraz ze śmiercią cara objawiło się dwóch spośród wielu pretendentów do tytułu cara - Fiodor Michaiłow Nikolajew i Wołodar Iwanowicz Jegorow-Tulajew. Obydwaj mieli prawa do tronu i obydwaj szybko zaczęli gromadzić wokół siebie zwolenników. Nikolajew okazał się być jednak w tym znacznie sprawniejszy w zyskiwaniu poparcia bojarów i koronował się na cara. Wołodarowi pozostało jedynie umknąć na lojalne mu nadal terytoria na północnym-wschodzie gdzie ogłosił się udzielnym księciem biełozierskim. Bojarzy masowo ściągali pod skrzydła nowego cara kierowani głównie strachem - oczywistym było, że sąsiedzi już zbierają swoje siły, aby rozedrzeć Ussurę na kawałki. Perypetie związane z sojuszem zawartym przez Baghdati z królem Ernestem z Castiglione oraz poselstwa beja do bratniego w wierze Anszanatu jasno pokazywały, że lojalność wasali jest co najmniej niepewna, a sąsiednie państwa z chęcią wykorzystają okazję do łatwej zdobyczy. W tym samym czasie, wielce niefortunnie dla cara, grupa podejrzanie ussurskich złoczyńców dokonała napadu na pogranicze z Varangami, paląc tam kilka vohanistycznych wiosek. Zapewne i tak nie potrzebowałby żadnej wymówki, ale incydent ten dał królowi Magnusowi dodatkowy powód do wejścia do wojny. Do koalicji dołączył szybko szwagier Magnusa, anszan Bahram, książę Andrzej z Grategonu oraz król Ernesto z Castiglione, wspierany przez posiłki zakonników. Księżna Baghdati wypowiedziała posłuszeństwo carowi, sprawiając że sytuacja zaczęła wyglądać doprawdy tragicznie - jedynym pocieszeniem w tych mrocznych dniach był fakt, że bej Gazirehu zdecydował się dochować wierności swemu wasalowi.

Sytuacja Fiodora nie wyglądała jednak w tym momencie tam tragicznie. Do wojny po jego stronie wkroczyli despota Charizmatikos, oraz cesarz Varangardu. Ich wsparcie Fiodor okupił obietnicą oddania sojusznikom ziem w Baghdati - lepiej bowiem stracić część terytoriów, zwłaszcza gdy i tak są już zbuntowane, niż utracić wszystko... Tak więc w roku 1205 armie wreszcie ruszyły. Car przyjął taktykę spalonej ziemi, paląc i ogałacając z ludności Krasnożew - chcąc w ten sposób opóźnić marsz armii Grategonu, Anszanatu i Varangów. Tymczasem wszystkie lojalne wobec siebie wojska ściągał pod Eregard - w tym oddziały beja Gazirehu. Z racji dużych odległości oraz deszczowego lata, armie przeciwników cara maszerowały powoli i choć dotarły do Krasnożewu, to nadal dalekie były od zagrożenia Eregardowi. Na wschodzie wojska adronitów podobnie zmagały się z kiepską aurą i słynnymi ussurskimi błotami - rasputicą. Normalnie zjawisko to typowe było dla jesieni i wczesnej wiosny, jednak roku tego deszcze lały nieomal bez przerwy, sprawiając że tabory tonęły w błocie. Armia Varangardu powoli nadciągała z południa, idąc jednak dziwnie, nawet jak na trudne warunki powoli... Potem miało się okazać, że cesarz w istocie grał w skomplikowaną polityczną grę. Na wschodzie nie działo się tymczasem dobrze, a armia Baghdati zdołała doprowadzić wojska despoty do pata, podczas gdy Castigliończycy przekroczyli granicę z Charyzmatykami.

W roku 1206 ujawniła się pełna skala katastrofy która spadła na carat. Okazać się miało, że Tyberius var Graff cały czas grał na dwa fronty - Varangard oficjalnie ogłosił swoje wsparcie dla koalicji anty-ussurskiej, a Eregard tym samym znalazł się w faktycznym otoczeniu przez trzy wrogie armie - reszta ziem nawet jeśli nie pod okupacją, to była odcięta od władzy cara i skazana na złupienie przez maszerujące armie. W tym momencie kwestią czasu stało się właściwie to, która z nadchodzących armii - wojska pod dowództwem Magnusa, armia cesarska czy adronici zdobędzie Eregard. Marnym pocieszeniem była śmierć księcia Wołodara Jegorowa-Tulajewa. Wraz z jego śmiercią większość bojarów zbiegła do Eregardu, a król Ernesto przejął właściwie pełnię władzy w lennym wobec Castiglione księstwie. Niektórzy będą uznawali decyzję, którą podjął w tej sytuacji car Fiodor za objaw tchórzostwa, inni bardziej łagodni rzekną, że zrobił to aby oszczędzić swojemu ludowi i armii rzezi - a samemu zachować głowę. Gdy do Eregardu przybyli bowiem posłowie aby przedstawić warunki kapitulacji caratu... Fiodor przyjął je, tym samym poddając Ussurę i kończąc tą dziwną wojnę, która toczyła się poprzez działania dyplomatów, nie zaś wielkie bitwy.

Warunki pokoju były w istocie ciężkie do przełknięcia dla cara Fiodora - utracił on nie tylko ziemie swych wasali, ale również większość terytoriów samej Ussury. W wyniku cesji terytorialnych carat skurczył się do jednej trzeciej swej wielkości - i to nie licząc ziem wasali! Pod władzą Fiodora pozostały faktycznie tylko ziemie wokół samego Eregardu. Anszanat otrzymał praktycznie całość ziem bejliku Gazirehu - reszta, wraz z północno-zachodnimi terenami Ussury trafiła pod władzę Varangów. Grategon dołączył do siebie północne ziemie Ussury, a Castiglione - ziemie księstwa biełozierskiego. Varangard otrzymał większość terytoriów Baghdati (czwarta część dawnego księstwa została przekazana Fiodorowi). Tym samym na jaw wyszło, że księstwo nigdy nie było podmiotem dyplomatycznych gier wojny w Ussurze a jedynie przedmiotem, a król Ernesto bez wahania poświęcił je w imię przeciągnięcia na swoją stronę Varangardu. Księżna Baghdati tym samym znalazła się w dyplomatycznej próżni - pozbawiona sojuszników, zdradzona przez sojuszników, z armią wykrwawioną w walkach z despotą. Cesarz Tyberius okazał się jednak nie dążyć do całkowitej anihilacji księstwa i zaoferował księżnej układ - choć jej ziemie zostały bezpośrednio anektowane do cesarstwa, to księżna otrzymała tytuł dziedzicznej namiestniczki tych terytoriów - tak więc w ostatecznym rozrachunku może uważać to za prawdziwy dar od Adro...

Powędrujmy jednak na chwilę na północ, na ziemie księstwa biełozierskiego. Chociaż w teorii jest to lenno wobec Castiglione, to na mocy pokoju może i zapewne będzie wcielone bezpośrednio do królestwa - zresztą jego faktycznym władcą jest już i tak król Ernesto. Jedyna pozostała spadkobierczyni zmarłego księcia - Anna została wydana za księcia Carlosa, drugiego syna króla Ernesta, tym samym dodatkowo wiążąc te ziemie z Castiglione. O tym kto naprawdę tu jednak rządzi pokazały dobitnie kontytucje biełozierskie, które parze książęcej przedstawiono właściwie tylko do podpisu, a które stanowią faktyczną kopię praw castigliońskich - i tym samym upodabniają księstwo do swojego wielkiego sąsiada.

Ostatnim rozbitkiem po kapitulacji był bej Gazirehu. Po tym jak wyruszył z armią pod Eregard, jego kraj znalazł się na łasce zwycięzców - a on sam pozbawiony jakiejkolwiek pomocy. Anszan Bahram złożył mu, sformułowaną w stylu swoich przodków propozycję: „Niechaj bej podda anszanowi swój kraj i rozpuści swe wojska, a wtedy ludowi Gezirehu oszczędzona będzie groza wojny, a ród beja zachowa życie i zaliczony będzie w poczet możnych anszanatu”. Propozycji towarzyszyło przypomnienie podobnych gestów ze strony dawnych Anszanidów, którzy zwykli mordować swoich wrogów do ostaniego, ich miasta zaś burzyć i posypywać solą. Bej szybko przemyślał swoją sytuację i w obliczu braku perspektyw jakiegokolwiek wsparcia ze strony Ussury zrobił najrozsądniejszą rzecz jaką mógł - i przyjął propozycję. Wojska wróciły do domów, a bej wraca do już nie swego kraju, gdzie dowie się jakie dokładnie losy jego rodu przewidział anszan Bahram - i pozostaje mu tylko liczyć na to że anszan będzie w łaskawym nastroju.

Podczas gdy zwycięzcy włączają do swych powiększonych domen nowe ziemie, warto pochylić się nad tym co oznacza to dla regionu. Ussura przetrwała - jednak niezwykle osłabiona. Póki życia, póty nadziei jak jednak mawiają. Choć zwycięzcy w traktacie zgodzili się aby wspólnie czuwać nad utrzymaniem ładu utworzonego przez akt kapitulacji, to kto wie ile czasu minie zanim zaczną się między nimi niesnaski... i może wtedy do Ussury znowu uśmiechnie się szczęście? Pozostają rzecz jasna pewne niedokończone sprawy, a konkretnie Despotat, który nie został ujęty w traktacie i nadal tkwi w stanie wojny z Castiglione - nie szykuje się jednak aby, którykolwiek z koalicjantów zamierzał wspomagać króla Ernesto w tej wojnie, a wraz z upadkiem Baghdati, sytuacja despoty poprawiła się... Zdobywcy włączyli do swych krajów ziemie o nierzadko diametralnie innej religii czy zamieszkane przez obce ludy, co może stanowić dla nich pewien problem - o ile Anszanat wchłonął terytoria zamieszkane przez innych vohanitów, a Grategończycy nie są znowu tak inni od Ussurczyków, to Varangard zajmując terytoria Baghdati, obejmuje władzę nad licznymi adronitami, Castiglione z kolei zyskuje liczną grupę pogańskich poddanych, zaś Varangowie prawdziwy miszmasz pogańskich Ussurczyków i vohanistycznych Gazirehczyków, którzy dodatkowo wzmocnią cały czas rosnącą vohanistyczną mniejszość w kraj Varangów. Wraz z aneksjami ziemie wielu bojarów i możnych Ussury zostały rozdzielone przez nowe granice - tym samym znajdują się oni w niekomfortowej sytuacji, tworzącej przyszłe konflikty lojalności w wypadku konfliktów między niedawnymi koalicjantami...

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o typowym dla wszystkich, nawet tak krótkich wojen problemie - głodzie. Deszczowe lato, przemarsze wojsk, spalenie Krasnożnewu i przesiedlenie jego ludności czy oderwanie chłopów od pól sprawiło, że w Ussurze panuje głód, a wiele z prowincji jest w różnym stopniu wyniszczona - potrzebny będzie czas, aby ludność doszła do siebie po wojnie, jednak najbliższe lata będą trudne dla Ussurczyków. Nie jest to jednak nowość dla ludu Ussury - władcy zmieniają się, jednak niedola i okrucieństwo władców pozostają bowiem niezmiennymi w tej części Imperiusa... Teraz jednak nastaje nowy pokój - pytaniem jest tylko jak długo się on utrzyma...

-Koniec wojny w Ussurze;
-Upadek księstwa Baghdati i Bejliku Gazirehu;
-Głód na dawnych terenach caratu, wywołany deszczowym latem i taktyką spalonej ziemi.
#23
Ta'in
1207

[Obrazek: Chinesezither.jpg]

Cesarstwo Cao narodziło się dzięki czynom jednego człowieka - słynnego taińskiego generała Cao Cao. Znany jako Miecz Zachodu wódz czterysta lat temu poprowadził armie Ta'in za góry Wu, gdzie w toku kampanii która dała mu nieśmiertelną sławę odzyskał dawne zachodnie prowincje Cesarstwa, utracone na rzecz barbarzyńców, a następnie ruszył dalej, rozszerzając granice Ta'in dalej niż ktokolwiek wcześniej. Wielu obawiało się jednak Cao i tego że mógłby obrócić swój wojenny talent i niebagatelne wpływy przeciw władcom Cesarstwa. Gdy zwycięski generał, opromieniony chwałą zdobywcy zachodu powracał do Ta'in, został zamordowany. Wbrew nadziejom spiskowców zamiast zapobiec potencjalnemu zagrożeniu, morderstwo doprowadziło jedynie do krwawej wojny domowej, gdy syn generała - He Cao poderwał do walki wierne swemu ojcu wojska i opanował wiele ziem za górami Wu. Przez prawie stulecie He i jego potomkowie walczyli z Trójcesarstwem, aż w końcu kres wojnie położony został przez kolejny najazd barbarzyńców, który osłabił Cesarstwo Cao tak, że nie było w stanie dalej toczyć wojny. Między oboma państwami zapanował niepewny stan pokoju, jednak pewnym było, że zapoczątkowana morderstwem Cao Cao waśń będzie musiała w końcu zakończyć się zniszczeniem jednego z dwóch państw.

Wraz z początkiem XIII wieku nadszedł również kres Cesarstwa Cao. W roku 1203 zza gór Wu wylały się wojska Ta'in. Cesarz Chen Cao został zaskoczony tym atakiem i desperacko próbował zgromadzić wojska, aby bronić swego kraju. Na szczęście wyprawa Tainów cierpiała z powodu niesubordynacji wojowników zaciągniętych z ludu Wei, którego członkowie z wyjątkowym niezadowoleniem zareagowali na zakaz grabieży podbijanych ziem - które zamierzano w końcu wcielić do Cesarstwa Ta'in. Dopiero obietnica sowitego wynagrodzenia, poparta znaczną ilością cesarskiego srebra przekonała Wei, aby ruszyli na zachód. Tam zajęli się toczeniem wojny zgodnie ze swoimi odwiecznymi zwyczajami - a więc palili, grabili i mordowali, mimo cesarskiego zakazu. Opieszale poruszająca się armia przybyła do stolicy Cao - Chengzou tylko po to, aby zobaczyć zatrzaśnięte wrota. Sytuacja wydawała się jednak beznadziejna, armia Ta'in posiadała bowiem miażdżącą przewagę. Z zachodu dotarły jednak pokrzepiające wieści - oto Freyr Lennastsónn, władca Aeirr Dinn powołał swe hufce - a zwołał ponoć osiem tysięcy chrobrych wojów, aby poprowadzić ich na odsiecz Chengzou. Tak więc oto Cao miałoby zostać ocalone przez białych barbarzyńców z zachodu... W sytuacji w której się znajdował, Chen Cao przyjąłby jednak zapewne pomoc nawet od demonów, gdyby tylko mu ją zaoferowały. Kroplą dziegciu w tej beczce miodu był jednak fakt, że żołnierze Freyra poczynali sobie podczas marszu jakby ruszyli raczej na rejzę, a nie z odsieczą, łupiąc napotkane wioski i gwałcąc wszystkie kobiety które na czas nie zdołali uciec. Gdy jednak na horyzoncie ujrzano chorągwie armii Freyra, w serca mieszkańców stolicy wstąpiła nadzieja. Tainowie potrafili liczyć i widząc przewagę nadciągającej armii szybko porzucili obóz i od wielu miesięcy z trudem wznoszone umocnienia i transzeje, mające otoczyć miasto pierścieniem oblężenia. Chen nie zdecydował się jednak otworzyć bram, aby powitać sojuszników - i miał rację, Aeirdinnczycy bowiem sprawnie zajęli opuszczone przez Tainów umocnienia, a wysłani przez króla barbarzyńców posłowie zażądali zapłaty za zniesienie oblężenia. Kilka skrzyń kosztowności zmieniło właścicieli, a syn cesarza - Han pojechał na zachód jako gwarant "przyjaznych relacji". Aeirdinnczycy zaś powrócili do domu, łupiąc jednak całe zachodnie Cesarstwo i uprowadzając w niewolę niezliczonych mieszkańców. Tymczasem armia Ta'in cały czas czaiła się na wschodzie, spokojnie podporządkowując sobie tamtejsze prowincje.

Armia Trójcesarstwa powróciła następnego roku na wiosnę, tak jak ptaki wracające gdy stopnieją śniegi.

Tym razem nikt już nie wierzył w szansę ocalenia Cesarstwa Cao. Gdy pod mury miasta dotarł wysłannik ze wschodu i wygłosił słowa ultimatum, Chen Cao odrzucił jednak możliwość kapitulacji. Były to ostatnie dni jego władzy. Gdy nakazał stracenie kilku możnych, którzy ponoć zawiązali spisek aby poddać miasto nadchodzącej armii, przyspieszył tylko nieuchronne. Jednym z zabitych był bowiem brat dowódcy gwardii cesarskiej. Ów, zrozumiale rozwścieczony śmiercią krewniaka, zebrał grupą niezadowolonych z decyzji Chena szlachciców i na czele ich ludzi pewnego wieczora zaatakował pałac. Cesarz, choć zaskoczony, zdołał jednak umknąć, chcąc wydostać się z miasta na pokładzie czekającego już w porcie statku. Zgubiło go jednak przywiązanie do rodziny - czekając bowiem, aż dołączą do niego żona z dziećmi, cesarz wraz z ostatnimi lojalnymi mu przybocznymi został zaatakowany przez zdrajców. Po krótkiej walce lojaliści uciekli, jednak ranny cesarz został pochwycony przez spiskowców - i szybko dołączył do już złapanej przez nich rodziny. Grupka ocalałych z zajść w pałacu zwolenników cesarza umknęła statkiem, którym odpłynąć chciał sam władca, zabierając ze sobą cesarską pieczęć i część najcenniejszych skarbów cesarstwa - jednak stanowią oni jedynie smutne wspomnienie po upadłym państwie. Jest też nieszczęsny Han Cao, który pozostaje "gościem" na dworze króla Freyra - stanowiąc cenną kartę w politycznych rozgrywkach, jednak nie posiadając wpływów ni wolności. Niedługo potem Chengzou skapitulowało przed armią Ta'in, a wyniszczone przez najazd Aeirr Dinn zachodnie terytoria Cao podporządkowały się nowe władzy. Ci, którzy nie zamierzali uznać władzy Trójcesarstwa zdecydowali się wziąć nogi za pas i skierować w ostatnim możliwym kierunku - na południe, do Radżatu Nainpuru, lub w wypadku tych, którzy uznali, że jest on zbyt blisko Ta'in - i potencjalnej zemsty trzech cesarzy, jeszcze dalej, licząc że odległość zapewni im bezpieczeństwo. Tak oto dobiegły końca dzieje Cesarstwa Cao.

Zwycięstwo to było wielkim sukcesem dla Ta'in, które poszerzyło swe granice, jak i położyło kres trwającej od prawie czterystu lat rebelii. Aby odpowiednio uczcić wydarzenie tak wielkiej wagi, zdecydowano się na organizację uroczystości które miały nadać zwycięstwu odpowiedniej oprawy - tak aby z pewnością zostało ono zapamiętane na wiele następnych lat. Obchody zorganizowano w stolicy, choć i w mniejszych miastach zorganizowano z tej okazji festyny jak i składano uroczyste ofiary w świątyniach. W dniu festynu chyba cała ludność stolicy wyległa na ulice aby świętować zwycięstwo nad zdrajcami z zachodu. W łaskawym geście ogłoszono nawet ten dzień wolnym od pracy w manufakturach i warsztatach cesarskich. Na licznych placach stolicy rozdawano darmową żywność, tak aby nawet najubożsi mogli w tym dniu weselić się i najeść do syta, zaś opłaceni przez władze grajkowie i tancerze krążyli po ulicach, zabawiając ludność która formowała wokół nich rozbawione korowody. Nie zapomniano również o siłach wyższych - w świątyniach składano kolejne, niezwykle bogate ofiary ze zwierząt i kadzideł, co każdą godzinę zaś przez miasto niósł się głuchy dźwięk gongów, gdy mnisi we wszystkich świątyniach stolicy uderzali w nie, aby uczcić pamięć przodków i dziękować Niebiosom za mądre rządy cesarskie. Główną ulicą stolicy maszerowały kolejne zastępy zwycięskim wojowników jak i grupy urzędników, w uroczystym pochodzie tryumfalnym.

Gdy lud bawił się i weselił, w Zakazanym Mieście trwała inna ceremonia. Do pałacu przybyli możni i dostojnicy z Cao z całymi rodzinami - ci, którzy nie zdecydowali się zawczasu umknąć za granicę i liczyli na miłosierdzie cesarskie. Wszyscy oni mieli pokłonić się przed cesarzem Ang Jin i złożyć mu hołd. Korowód niegdyś butnych panów zachodu przechodził przez bramy Zakazanego Miasta... Jednak nie wszyscy je opuszczali. Przybyli byli obserwowani przez czujne oczy ludzi skrytych pośród wspaniałych pawilonów i pysznych ogrodów. Ludzie o obojętnych twarzach i zimnych oczach pojawiali się niczym duchy i zastępowali drogę tym spośród możnych, których wskazali im cesarscy urzędnicy. Wszyscy ci, których podejrzewano o brak pokory wobec nowej władzy i chęci wspierania obalonej dynastii byli wraz z rodzinami więzieni - po czym bez większych ceregieli pozbawiani życia wraz z całymi rodzinami. Za górami Wu zaś, żołnierze wkraczali do ich posiadłości i dworów... Główny element likwidacji ostatnich elementów upadłego cesarstwa miał dopiero nadejść - przed oblicze Ang Jina przyprowadzono bowiem Chena Cao. Wymieniono jego rozliczne przewiny - zdradę, uzurpację tytułu cesarskiego, obrazę bogów przez sprzeciwianie się woli trzech cesarzy... W obliczu takowych czynów, cesarz Ang Jin bez większych ceregieli wydał wyrok - śmierć, jednak w geście pozwalającym pokonanemu przeciwnikowi na zachowanie honoru miał on zostać ściętym, miast doznania standardowego dla zdrajców zestawu tortur. Chen cały sąd jak i ogłoszenie cesarskiego wyroku przyjął bez słowa i podobnie, z ponurą rezygnacją miał zachowywać się podczas egzekucji, którą wykonano gdy słońce zachodziło za horyzontem - odpowiednie epitafium dla upadłego cesarstwa zachodu...

Pozostała jeszcze kwestia potomstwa Chena - a przynajmniej dwójki, którą udało się pochwycić. Przedstawiono im prostą ofertę - mogli wybrać honorowe samobójstwo albo ukorzyć się przed cesarzem Jin - Gu zostałaby jego żoną, a dalszy los Mao zależałby od dobrej woli cesarza, który jeszcze nie był pewny czy zesłać go do do klasztoru mnichów Xi, albo na dwór cesarza Ha. Dzieci Chena nie zamierzały podzielić losu swojego ojca i bez wahania ukorzyły się przed Angiem... Tym samym końca dobiegła pierwsza część oficjalnych ceremonii - a czas był już najwyższy, słońce stało bowiem w zenicie... Do miasta wjeżdżała zaś Shen Jin, córka cesarza i zwyciężczyni zachodniej kampanii. Świętujący od wielu godzin ludzie zgromadzili się na ulicy wiodącej do Zakazanego Miasta, którą jechała w otoczeniu swych oficerów i wyróżnionych za odwagę żołnierzy Shen. Nieśli oni liczne sztandary i symbole cesarskiej władzy Cao, które zdobyte zostały podczas podboju, aby następnie złożyć je u stóp tronu cesarza Jina. Lud powitał zwyciężczynię gromkimi okrzykami i wiwatami, które towarzyszyły jej do momentu, gdy przekroczyła bramy Zakazanego Miasta. Ku zaskoczeniu wielu zebranych, cesarz nakazał przekazanie swej córce Kryształowego Miecza - broni która należała niegdyś do samego Cao Cao. Miecz ów zawdzięcza swoją nazwę temu, że ma ponoć rozszczepiać światło niczym rzadkie górskie kryształy, opromieniając właściciela barwami tęczy. Ów relikt dawnej epoki uznawany jest za jeden z najcenniejszych skarbów cesarstwa i przekazanie go Shen był aktem, który dodatkowo wywyższył ją i dodał jej chwały.

Gdy powoli zapadał już wieczór do miasta zajechała jeszcze jedna grupa - konni wojownicy o srogich twarzach i sumiastych wąsach - sławni koczownicy z ludu Wei, którzy stanowili choć niekarny, to jednak trzon zachodniej ekspedycji. Cesarz wezwał ich, aby zgodnie ze swym słowem (a cesarskiemu słowu musi stać się zadość) wynagrodzić ich za wierną służbę. Otwarty został cesarski skarbiec, a wojownik co do grosza wypłacono obiecane złoto - ba, obsypano ich nim publicznie. Nagle wzbogaceni Wei ruszyli do miasta, aby wziąć udział w zabawach i przepijać otrzymane bogactwa. Ci z nich którzy od razu nie zajęli się piciem wina i obłapianiem kobiet negocjowalnego afektu chętnie prezentowali swoje słynne zdolności konnej jazdy, zyskując ogromne zainteresowanie (i darmowe wino) od zafascynowanych pokazami akrobacji czy inscenizowanych walk mieszkańców. Powiada się, że ani jeden z Wei nie był tego dnia trzeźwy. Gdy zapadał zmierzch, nad miasto wzniosła się chmura słynnych taińskich lampionów, które miały ponieść do nieba dziękczynne modły... Ci, którzy byli nadal w stanie ustać zatrzymali się na chwile, aby podziwiać ten magiczny widok - a potem powrócili do zabaw, mających trwać aż do następnego poranka... Uroczystości niewątpliwie będą dobrze wspominane przez ludność, a prestiż zwycięskiego władcy znacząco zyskał - Ta'in zaś może być postrzegane jako prawdziwy hegemon na dalekim wschodzie...

Choć podobne, oczywiście skromniejsze festyny urządzono w wielu miastach Trójcesarstwa, warto wspomnieć jednak o jednym miejscu - dawnej stolicy Cao, Chengzhou, gdzie z tej okazji otwarto również miejskie spichlerze, aby za darmo wydawać z nich żywność potrzebującej ludności miasta. Cel tego gestu był jasny - poprzez ulżenie doświadczonej przez oblężenie ludności pokazać hojność nowej władzy i podkreślić, że będzie ona lepsza od poprzedniej... Były jednak miejsca gdzie nie było komu świętować - zachodnie ziemie dawnego Cao, gdzie pośród ruin spalonych osad krążyły tylko dzikie stworzenia. Całe wsie i miasteczka zostały zniszczone, a ich ludność porwana przez Aeirdinnczyków, którzy powiedli ją na zachód w niewole, aby służyli im jako thrallowie...

- Upadek Cesarstwa Cao
- Festyn w Ta'in
I1: Królestwo Ephyrii/Zakon św. Joneasza | I2: Communio Angelorum/Hetmanat Westurii+Królestwo Utheru | 
I3: Despotatus Antiocheae | I4: Basilea ton Angelon | I5-8: Wieki Ciemne | 
I9: Civitas Ordinium | I10: Zerruko Erresuma | I11: La Repubblika/GM/Konfederacja Kantonów Naugrimskich | I12: Basilea ton Aeton
I12: Game Master
#24
Basilea ton Aeton
1207

[Obrazek: sparta-650_900x450.jpg]

Unia Ephyrii z Basileą Aetów wydawała się być szansą na zjednoczenie wysp pod jednym władztwem i zażegnania trwającego od pokoleń konfliktu. Szybko okazało się jednak, że ten w teorii pokojowy "mariaż" dwóch władztw okazał się być w istocie związkiem iście patologicznym, gdzie silniejszy partner w obliczu zdecydował się stłamsić słabszą stronę. Już po zawiązaniu się unii najbardziej radykalni z przeciwników tego politycznego konstruktu zdecydowali się opuścić kraj. Wraz ze śmiercią Konstantinosa dla przeciwników unii nagle powiał jednak wiatr w żagle - aby po chwili ucichnąć, gdy kolejni z nich kończyli pomordowani w rynsztokach czy własnych domach... Choć nowy basileus był niepełnoletni i nie sprawował żadnej władzy, to jego regenci okazali się być ludźmi bezwzględnymi i zdecydowanymi - śląc do Ephyrii kolejnych agentów, którzy groźbą, zabójstwem i przekupstwami mieli ustabilizować sytuację. Było tego jednak za mało i powstanie wisiało w powietrzu. Aby ostatecznie stłamsić opór na ziemie Ephyrii wysłano wojsko, które sprawnie rozbiło tworzące się oddziały, mające podnieść sztandar rebelii, po czym wkroczyła do miast Związku. Nie pozwoliło to jednak na kompletne stłamszenie oporu - a pozornie rozbici powstańcy szybko umknęli na prowincję, aby tam zacząć walkę partyzancką z najeźdźcą. Choć nie mogą równać się z regularną armią Basilei, która sprawnie rozbija co większe grupy, to jednak w ich miejsce powstają kolejne, skutecznie destabilizując prowincje byłego Związku. Rebelianci są w stanie skutecznie gromadzić kolejne grupy partyzantów i wyposażać ich dzięki zagranicznemu wsparciu - a konkretniej z wrogiego wobec Basilei Elis, które zaczęło łożyć spore sumy w złocie na ich wsparcie. Plotka głosi, że pomoc obiecali również Kanaanejczycy (tak przynajmniej twierdzili wysłannicy z Elis), jednak wsparcie to z jakiegoś powodu nie dotarło... Jedynym miejscem gdzie powstanie wybuchło zgodnie z planem i powiodło się była niewielka wyspa Lakonia. Znana ze swojej kulturowej odmienności, niepokorności wobec jakiejkolwiek władzy i tradycji wojskowych wysepka przegnała urzędników Basileusa i w tej chwili jest de facto niepodległa - choć nie wiadomo jak długo potrwa ten stan. Choć Lakończycy zdołali zgromadzić trzy setki hoplitów, a wojska Basileusa są zajęte walką z partyzantką  jak na razie ignorują problem niewielkiej wysepki - jednak jasnym jest, że gdy władze Aetonu wezmą się na poważnie za Lakończyków, to ich opór zostanie szybko złamany - a bez zewnętrznego wsparcia nie mają szans na utrzymanie swojej wolności.

***

Nad Basileopolis zapadał późny, letni zmierzch. Robotnicy kierowali się do domów, aby odpocząć przed kolejnym dniem pracy lub do licznych tawern i karczm, aby znaleźć spokój na dnie kielicha taniego wina. Kupcy zwijali kramy i zamykali drzwi swych sklepów, w myślach przeliczając zyski po mniej lub bardziej udanym dniu. Na ulice powoli wylegali wszyscy ci, którzy żyli nocą - prostytutki, pospolici bandyci czy szukający mocnych wrażeń szlachcice, planujący całą noc włóczyć się po knajpach i burdelach. Rzec by było można, że był to dzień jak każdy inny... 

Altair głęboko odetchnął, smakując miejskie powietrze. Od wielu dni przygotowywał się własnie do tej chwili. Badał miasto, od jego dachów po najciemniejsze zaułki, śledził pałacowe sługi i podsłuchiwał ich rozmowy czy przemykał po dalekich zakątkach pałacu, poszukując odpowiednich podejść i usiłując doszukać się schematów w ruchach strażników. Teraz był gotów - nadszedł właściwy czas. Cicho zmówił modlitwę do Pana Światła i aszów, którzy mieli poprowadzić jego ostrze... Raz jeszcze sprawdził czy skryte na nadgarstku ostrze gładko opuszcza swoją kryjówkę i czy wszystkie narzędzia jego "rzemiosła" są na swoim miejscu, po czym ruszył - przeskakując z dachu na dach, niewidoczny dla skoncentrowanych na przyziemnych sprawach mieszkańcach stolicy. W końcu dotarł do muru otaczającego pałac - jego przebycie było dla zabójcy dziecinnie proste. Z łatwością odnajdywał niewidoczne dla laika szczeliny i ubytki, dające oparcie dla palców i stóp, aby po kilku chwilach znaleźć się na szczycie - po czym z równą sprawnością zszedł na dół. Ogrody dawały nieskończone możliwości krycia się w cieniach i pośród roślinności - zwłaszcza w ostatnich promieniach wieczornego słońca. Altair sprawnie przemykał naprzód, tylu dwa razy musząc użyć ostrza, aby pozbyć się niedogodnie umiejscowionych strażników. W końcu pozostało mu tylko wspięcie się do pokojów basileusa - jak zakładał, wieczorem król-dziecko będzie w nich obecny (tak zresztą wynikało z rozmów służących). Widać było, że ogrodnicy mało przykładali się do pracy - pnącza dzikiego wina rozrosły się bowiem w tym miejscu całkiem imponująco, krusząc mur i dając potrzebne oparcie. W miarę jak wspinał się w górę, do uszu Altaira dobiegać zaczęły dźwięki rozmowy - jeden dojrzały, zapewne należący do starca głos i drugi, dziecięcy. Altair pozwolił sobie na lekki uśmiech... W końcu dotarł aż do parapetu i pewnym ruchem podciągnął się w górę. Szybko objął wzrokiem pokój - sporej wielkości salę, najpewniając służącą jako rodzaj gabinetu i podręcznej biblioteki władcy... Przynajmniej w czasach gdy urzędowali tutaj Belisarios czy Konstantinos. Przy wykonanym z egzotycznego wschodniego drewna stole siedział nie kto inny, jak Loukas Ithilida. Na samym stole rozłożona była potężnych rozmiarów mapa Imperiusa. Stojący obok władcy siwowłosy mężczyzna wskazywał kolejne punkty na niej i spokojnym, łagodnym głosem opowiadał o kolejnych krainach. Altair musiał najwyraźniej trafić na lekcję geografii, udzielaną młodemu władcy... 

Zabójca, cicho niczym śmierć wszedł do środka pokoju i krok po kroku zaczął zbliżać się w kierunku swojego celu. Ukryte ostrze wysunęło się bezgłośnie... 

Czasem zdarzają się przypadki, które bogobojni przypisują opiece sił wyższych - sceptycy zaś wzruszają ramionami i mówią - tak to po prostu czasem bywa. Wypadki, które zmieniają bieg dziejów... Dzisiaj narzędziem losu miał okazać się przypadkowy gołąb, który umykając przed drapieżnym ptakiem w panice wpadł przez otwarte okna pałacu w Basileopolis... Seria wydarzeń, które doprowadziły do tego momentu miała pozostać nieznana przyszłym pokoleniom - a była całkowicie i absurdalnie niewiarygodna. Ten oto gołąb, noszący imie Gajusz Juliusz XII pochodził bowiem z osobistej hodowli gołębi-medalistów należącej do samego cesarza Varangardu. Kilka tygodni wcześniej został on skradziony przez zadłużonego służącego. Gołąb został następnie sprzedany kolekcjonerowi z Raszimu - ów jednak niedługo po powrocie do swego kraju przegrał go w karty do aeckiego kupca, który wraz z drogocennym ptakiem powrócił do domu w Basileopolis, zastanawiając się cały czas, cóż też uczynić z tym kuriozum, mającym poza niewielkim rynkiem pasjonatów (i Varangardem) niewielką wartość. Zanim jednak kupiec zdołał podjąć jakiekolwiek działania, jego kilkuletnia córka nieopatrzenie otworzyła klatkę z ptakiem, pozwalając Gajuszowi Juliuszowi wyrwać się na wolność... Po wielu dniach, teraz już wolne zwierzę napotkało swoją wydawałoby się nieuchronną zgubę w postaci jastrzębia - który jednak będąc starym i ślepym, miast natychmiast chwycić cel, wdał się w pościg - który zakończył się w komnacie pałacu... Gołąb z donośnym furkotem... Uderzył prosto w Altaira. Zadziałał instynkt, a zabójca odruchowo zadał cios - kończąc życie gołębia medalisty. Wszystkiemu temu towarzyszył potworny rumot - a władca i jego wychowawca aż podskoczyli w miejscu i odwrócili się... Aby ujrzeć stojącego w chmurze piór, z wyciągniętym ostrzem zabójcę. Pierwszy otrzeźwiał o dziwo starzec, który wydał z siebie okrzyk, typowy dla ludzi w tej sytuacji.
- STRAAAAAAŻEEEE! 
Altair nie myśląc ze wiele rzucił się naprzód, chcąc wykonać powierzoną mu misję. Gdyby Loukas był sam, albo towarzyszył mu ktokolwiek inny, pewnie by mu się udało... Nauczający tego dnia władcę wychowawca, stary Antygon, o czym nie wiedział pechowy zabójca, za młodu prócz pobierania nauk w rozlicznych dziedzinach, zajmował się również pankrationem... W czym osiągał znaczne sukcesy, wygrywając nawet lokalne igrzyska... Mimo że od tego czasu upłynęło wiele lat, refleks starca nadal pozostał wyjątkowy - podobnie jak zdolność szybkiej obecny sytuacji. Antygon pewnym ruchem odepchnął krzesło ze swoim uczniem, posyłając go na bok, po czym samemu rzucił się na zabójcę, chcąc złapać go w unieruchamiający chwyt. 

Nie miał jednak najmniejszych szans z wyszkolonym według starożytnych reguł zakonu zabójców Altairem... Przynajmniej nie miał szans na zwycięstwo - mógł jednak zyskać cenne chwile. Altair zadał szybki cios, a ostrze zagłębiło się w ciało Antygona - ten jednak tylko sapnął i spróbował kopnąć mordercę w jądra - co prawie mu się udało. Tymczasem trzasnęły otwarte z rozmachem drzwi... Leżący na podłodze, zszokowany dzieciak zaczął chyba zaś powoli rozumieć co się dzieje i wydał z siebie wysoki, świdrujący okrzyk. Dwa kolejne ciosy Altair zadał prawie na ślepo - po czym ciosem pięści obalił krwawiącego jak świniak nauczyciela. Gwardziści już wbiegali do środka, wyciągając miecze... Pozostały tylko sekundy. Altair podjął szybką decyzję i wyciągnął swoją wierną, miniaturową kuszę. Urządzenie było już gotowe, a sprytny mechanizm naciągnięty i gotowy do wystrzału. Zabójca wycelował i wystrzelił... W tym momencie poczuł jak coś szarpie go za nogę - to właśnie wykrwawiający się Antygon, w ostatnich chwilach świadomości spróbował zatrzymać Altaira. I to wystarczyło - wytrącony z równowagi morderca chybił - o centymetry, zaś zatruty sokiem z rosnącej tylko w Lanii rośliny, którego raptem kropla powali nawet bawołu bełt wbił się tuż obok głowy wrzeszczącego Loukasa. 

Altair zrozumiał że stracił swoją szansę - a aszowie wyraźnie nie sprzyjali mu tego dnia. Pozostało tylko uciekać i ratować życie - ostatecznie jak nie dziś, to może za jakiś czas trafi się kolejna okazja... Ale żeby tego dokonać musi przeżyć. Na szczęście pokoje pałacu w Basileopolis miały wiele wyjść... I ku jednemu z nich umknął morderca, któremu po piętach postępowali gwardziści - z pałacu nadbiegali zaś kolejni. Zaczął się pościg korytarzami pałacu... W końcu jednak Altair ujrzał swoją szansę - jeżeli dobrze zapamiętał otoczenie pałacu, to pod tym właśnie oknem stał wóz z sianem... Jeżeli tylko zdoła skoczyć, to dalsza ucieczka będzie już prosta. Morderca pewnym ruchem wyskoczył przez okno... Tylko aby w locie zorientować się, że wóz własnie odjeżdżał... Altair niezbyt elegancko zamachał rękoma, jednak nie poleciał jak ptak... Po czym chwilę później z nieprzyjemnym plaśnięciem uderzył o ziemię, łamiąc przy tym kręgosłup oraz wiele innych kości. Gdy strażnicy dobiegli na miejsce, Altair właśnie dogorywał, plując krwią z przebitych połamanymi żebrami płuc... Tak oto zakończyło się życie Altaira ibn La-Ahada... Pozostały jednak pytania - co w odległej Basilei robił zabójca, który miał być na usługach króla Aeir Dinn? Na pozór jest to równie absurdalne jak śnieg w sułtanacie... Tak czy siak - Altair zawiódł, jednak król-dziecko pozostaje w stanie kompletnego szoku wydarzeniami które rozegrały się na jego oczach - plotki głoszą, że Loukas ma budzić się w nocy z krzykiem i zażądał przeprowadzki z pałacu, gdzie ponoć cały czas widzi kryjącego się pośród cieni mordercę... Choć czas leczy rany, nawet te na psychice, to pytaniem jest jaki efekty wywrą te wydarzenia na mającym w przyszłości władać Basileą Loukasie...

***

Nieudana próba morderstwa była tym czego potrzebowali przeciwnicy pretendenta do korony Aetów - bękarta Belisariosa IV - Odeseosa. Jego sprawa od dłuższego czasu zdawała się być beznadziejną - wspierany był właściwie tylko przez radykalnych vohanitów, co sprawiało że szeregi jego zwolenników były nadzwyczaj wątłe. W akcie desperacji próbowano zawrzeć iście nieświęty sojusz z ephyrskimi rebeliantami... którzy w większości są z kolei twardogłowymi tytanistami. Choć w imię polityki zawierano dziwniejsze alianse, to w tym przypadku nie miał to prawa zadziałać - a opanowanie przez wierne Loukasowi wojska Ephyrii sprawiło, że szanse na tron Odeseosa stały się w praktyce zerowe. W tej sytuacji postanowiono wykonać ostatni cios - i oskarżono regentów Odeseosa o zlecenie zamachu na basileusa... Od razu też wydano zaoczny wyrok - Odeseos i ci którzy publicznie wsparli jego sprawę zostali skazani na banicję z Aetonu. Rozwiązanie to było na tyle eleganckie, że pozostali w kraju członkowie frakcji vohanistycznej nie zostali tym czynem aż tak bardzo rozsierdzeni, aby jawnie wystąpić przeciw nadal muszącemu poradzić sobie z ephyrską partyzantką władcy. Oczywistym było, że sprawa Odeseosa - przynajmniej na razie jest przegrana. Wygnańcy położyli więc uszy po sobie i odpłynęli na zachód - do sułtanatu. Nie pozostali tam jednak długo - Raszim pozostaje w przyjaznych stosunkach z Basileą, więc niewykluczone, że Odeseosa spotkałby tu nieszczęśliwy wypadek... Nie mógł też liczyć tu na żadnych sojuszników. Wygnańcy ruszyli więc dalej na zachód - w tradycyjnym kierunku przegranych pretendentów, wygnańców i uciekinierów Imperiusa - ku odległego Anszanatowi, gdzie od wielu lat przebywali członkowie aeckiej ekspedycji przeciw Kultowi Seta - tak zwani Nieśmiertelni. Grupa wojowników i dowodzących nimi możnych, wywodząca się z frakcji vohanistycznej przebywała w stanie swoistego zawieszenia na ziemiach anszana - od czasu uroczystości z okazji zwycięstwa nie zostali wezwani do kraju - a dzięki płynącym regularnie z wysp pieniądzom mogli bez większych przeszkód pozostawać na obczyźnie, Anszan zaś zapewne w imię starożytnych praw gościnności i w uznaniu ich dokonań w walce z Setytami nie próbował wyprosić ich z przedłużającej się wizyty - ba, zaproponował im nawet ziemie na podbitych terenach, a możnym - godności i lenna. Gdy zwolennicy Odessosa razem ze swoim dziecięcym pretendentem dotarli do obozowiska nieśmiertelnych (które po kilku latach przypominało już raczej wioskę), ci bez większego zastanowienia wypowiedzieli posłuszeństwo Basilei... Tym samym stali się rebeliantami - jednak wątpliwym jest, aby tak daleko mogły sięgnąć ich ręce Loukasa - czy że ze względu na swoją liczebność będą w stanie podjąć konkretne działania przeciw Aetonowi o ile nie otrzymają wsparcia... Tak czy siak wraz z ich rebelią, skończą się "wakacje" na koszt basileusa, a rebelianci będą musieli podjąć decyzję co dalej - pewną opcją jest skorzystanie z propozycji nadań w Anszanacie i osiedlenie się w nim - wzorem choćby Djodoarów sprzed wielu pokoleń - choć prawdopodobniejsze jest to, że utworzą oni grupę najemników, w ten sposób zarabiając na byt... Pytaniem pozostaje też - co dalej z Odeseosem? Czy będzie on podróżował z najemnikami, czy też może jego opiekunowie poszukają sobie protektora - choćby w osobie Anszana Bahrama albo innego władcy... 

***

Wszystkie te wydarzenie przyczyniły się do przetasowań religijnych na wyspach fokkijskich. Wraz z wygnaniem lub eksodusem wielu wpływowych członków frakcji vohnistycznej wiara ta utraciła wpływowych protektorów. Poprzedni władcy otwarcie sprzyjali tytanizmowi, a vohanizm na wyspach zawsze rządził się swoimi prawami, będąc mniej ortodoksyjnym i słabiej osadzonym niż na kontynencie. Jeżeli nie dojdzie do odwrócenia trendu możliwym jest erozja wpływów kultu Pana Światła i reakcja pogańska odrodzonego tytanizmu, który zyskuje gdy słabną vohanici - otwiera to również szansę dla adronitów, którzy mogliby wykorzystać chaos aby zyskać przyczółek na wyspach fokkijskich... Co ciekawe mimo otwartego wspierania rebelii w Ephyrii i powszechnie znanej wrogości między oboma władztwami, w Basileopolis nadal istnieje i prężnie działa kupiecka dzielnica Imperium Tarcvinicum, do którego zalicza się obecnie również Liga z Elis. Traktaty handlowe wciąż obowiązują... Jak widać pieniądz pozostaje odpornym na zawirowania polityczne... Pewnym jest, że wyspy Aeckie czekają kolejne ciosy... i niewykluczone że kolejne fale politycznych wygnańców i przegranych w walce o wpływy i władzę.

- Lakonia wypowiada posłuszeństwo Basileopolis.
- Nieudany zamach na Basileosa kończy żywot skrytobójcy Altaira i zostawia szramę na psychice młodego władcy.
- Pretendent do tronu - Odessos - zostaje wygnany. Znajduje schronienie w Anszanacie i przeciąga na swoją stronę aecką kompanię nieśmiertelnych.
- Mocne osłabienie vohanizmu na wyspach fokkijskich. Duża szansa dla tytanistów i... andronitów.
I1: Królestwo Ephyrii/Zakon św. Joneasza | I2: Communio Angelorum/Hetmanat Westurii+Królestwo Utheru | 
I3: Despotatus Antiocheae | I4: Basilea ton Angelon | I5-8: Wieki Ciemne | 
I9: Civitas Ordinium | I10: Zerruko Erresuma | I11: La Repubblika/GM/Konfederacja Kantonów Naugrimskich | I12: Basilea ton Aeton
I12: Game Master


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości