II Bitwa pod Meridą (D3)
| Druga bitwa pod Meridą
Wydarzenie |
|
|---|---|
| Rok | 1715 |
| Edycja | D3 |
| Strony | Portugalia vs. Hiszpania |
| Rezultat | Zwycięstwo Hiszpanii |
| Następstwa: III Bitwa pod Meridą (D3) | |
Druga bitwa pod Meridą - druga batalia pod Meridą, zwana również rzezią pod Meridą. Ciąg dalszy starć hiszpańsko-portugalskich.
Opis bitwy
Gdy armia Portugalska zajęła Meridę, stało się jasne, iż Hiszpanie szybko będą chcieli ją odbić. Gdy spróbowali, stało się jasne, iż miasto długo się nie utrzyma. W zasadzie potwierdziło się to w chwili, w której Grupo de Ejércitos "Madrid” otoczyło miasto szczelnym pierścieniem i rozpoczęło rozstawianie artylerii.
Zwiadowca stanął przed starym weteranem. - Marszałku… Hiszpanie lada moment zaczną ostrzał! Mają setki, tysiące dział! - Nie panikuj. – w głosie marszałka De Murco zabrzmiała ostra nuta. – Nie boję się ich pocisków.
Prawda jednak była taka, że w chwili, w której marszałek osobiście stanął na murach i ujrzał przez perspektywę hiszpański park artyleryjski, serce w nim na chwilę zamarzło, bowiem spostrzegł, iż zwiadowca niewiele przesadzał – bez mała setka wylotów luf kłuła go w oko. Nie uląkł się jednak, tylko ustawił na murach stosunkowo niewielu ludzi, główne siły zaś skierował do centrum miasta, mniej narażonego na ostrzał. Faktem jednak było, iż znalazł się w położeniu wręcz beznadziejnym – dysponując ledwo dziesięcioma tysiącami ludzi i przestarzałymi, zniszczonymi fortyfikacjami Meridy, stanął naprzeciw sześciokrotnie większych sił, wyposażonych w dodatku w tak potworną siłę ognia. Nie pomylił się w szacunkach – Hiszpanie rozpoczęli ostrzał ledwo godzinę później. Salwy artylerii były absolutnie mordercze. Huk dział rozbrzmiewał nad miastem w dzień i w nocy, mury i domy sypały się jak domki z kart, niszczyły zapory i zasłony, zasypywały siły portugalskie deszczem stali, cegieł i kamienia, nie dawały spać, ani jeść. Żeby tego było mało, jeden z austriackich dowódców, Wirich von Daun, okazał się genialnym organizatorem ognia, rewelacyjnie nakierowywał go na najważniejsze i najdelikatniejsze punkty obrony. W efekcie, po dwóch dniach nawałnicy stali, De Murco zaczął gorliwie modlić się do Boga, aby siły zmierzające mu na odsiecz dotarły przed szturmem. Rozkazał też odpowiedzieć ogniem dział miasta, jednak tych było tylko kilka, więc żołnierze szybko dali sobie spokój, wracając do najważniejszego w nastałej sytuacji zajęcia: chowania się przed kulami…
- Książę. – von Daun stanął przed Książęcym majestatem w namiocie dowódczym. – Melduję, że szturm jest bezpieczny. Miasto ostrzelane, mury zrujnowane, Portugalczycy trzęsą się po kątach – prychnął pogardliwie. Książę zamyślił się głęboko. Ruchem ręki wezwał do siebie adiutanta, szepnął mu coś na ucho. Adiutant wybiegł, wróciwszy po chwili prowadził ze sobą Gabriela de Aponte, Hiszpana odpowiedzialnego za zwiad. - Generale Aponte, proszę o raport w kwestii zbliżających się Portugalczyków. - Są jeszcze daleko, mój panie. Dotrą tu nie wcześniej, niż za tydzień. - Panie von Daun, czy do tego czasu, pana zdaniem, zdobędziemy miasto? - Na pewno, Książę. - Dobrze więc.. W takim razie, panowie – Książę powstał – Do szturmu! Przygotować zachodnie skrzydło do obrony przed odsieczą, na wszelki wypadek. Panie von Daun – skinął władczo głową w stronę Austriaka – Wie pan, co robić. Niech nas Bóg prowadzi.
Hiszpanie po dwóch dniach strzelania przeszli do szturmu. Doborowe jednostki grenadierów ruszyły do przodu powolnym marszem, przechodząc w bieg. Powitały ich salwy z muszkietów Portugalczyków, niewielu jednak zatrzymały, zaś linia nabierała pędu. Już dobiegła do murów, już przygotowała bagnety, już przebiła się przez ogromne wyrwy, stworzone przez świetną austriacką artylerię. Marna garstka Portugalczyków na murach rzuciła się do ucieczki, zaś hiszpańscy grenadierzy ze zdumieniem stwierdzili, że… nie mają z kim walczyć. Mury były puste. Nie licząc znikających w zaułkach pleców portugalskich muszkieterów, oficerowie nie byli w stanie zlokalizować żywej duszy, którą mogliby zaatakować. Zaskoczenie było tak wielkie, że szturm został wstrzymany, zaś oficerowie posłali do głównodowodzących o dalsze instrukcje. Na miejscu zjawił się osobiście Aponte. Jak łatwo było się domyślić, nakazano wejść w głąb miasta, co też niezwłocznie uczyniono. Stało się to przekleństwem dla hiszpańskiej armii. W chwili, w której grenadierzy, rozbici na mniejsze grupki, zagłębili się w wąskie uliczki Meridy, rozpętało się na nich piekło. Z okien, drzwi, zaułków, z dachów i balkonów, z pięter i parterów, z wieżyc kościołów i każdego innego miejsca nagle lunęły salwy ognia. Każda co do sztuki grupa grenadierów, która oberwała w tym zaskakującym ataku, uderzyła na budynki, w których skryci byli Portugalczycy, jednak raz po raz natrafiali tylko na ogołocone z ludności cywilnej pomieszczenia, zaś kolejne ataki wciąż trwały, za każdym razem z innej strony. Zdezorientowani grenadierzy hiszpańscy poszli w rozsypkę po całym mieście, goniąc za maleńkimi, ale zabójczo skutecznymi oddziałkami muszkieterów i fizylierów portugalskich. Gdzieniegdzie udawało im się przejść do walki na bagnety, jednak w większości przypadków uderzali w nicość. Sytuację starał się ratować Aponte, który zebrał dookoła siebie około ośmiuset grenadierów i ruszył w stronę centrum miasta, zamierzając odnaleźć marszałka De Murco i tym samym zakończyć tę maskaradę. Pechem jego, czy też raczej błędem, był fakt, iż zdecydował się iść tam najprostszą trasą, to jest główną ulicą miasta. Gdy jego oddział wkroczył na nią i ruszył półbiegiem w stronę centrum, Hiszpan ze zdumieniem odkrył, że z dwóch stron ulicy idą na niego potężne szarże dragonów, którzy na szerokiej, brukowanej ulicy mogli nabrać odpowiedniego rozpędu. Sytuację mogłoby uratować wycofanie się z powrotem między budynki, jednak Aponte zupełnie stracił głowę i zaczął ustawiać szyk obronny. Żołnierze nie zdążyli nawet wykonać tego rozkazu, gdy uderzyła w nich dragonia, zamykając w śmiertelnych kleszczach. W pierwszym uderzeniu w wyniku rozpłatania głowy szablą zginął sam Aponte, co – ironicznie – stało się kluczem do ocalenia oddziału, gdyż przerażeni grenadierzy poszli w rozsypkę, prześlizgując się maleńkimi grupkami między konnymi w boczne uliczki. W efekcie, większość pułku zdołała zbiec. Tymczasem, w całym mieście sprawy przybierały coraz gorszy dla Hiszpanów obrót. Pozbawieni dowódcy, zdezorientowani i pogubieni grenadierzy zaczęli w rozsypce wycofywać się z miasta. W dodatku, jakiś niezbyt rozgarnięty generał-major pobiegł prosto do parku artyleryjskiego i nakazał wznowić ostrzał miasta, akurat w momencie, w którym wychodziły z niego główne siły hiszpańskie. Zanim von Daun zdołał powstrzymać artylerzystów, niejeden Hiszpan stracił życie od własnej kuli. Gdy ostatni piechociarze wypadli z miasta, dało się poznać rozmiary tragedii. Z 14 tysięcy grenadierów wpuszczonych do miasta wyszło zeń ledwo 8 tysięcy. Szok Hiszpanów był nieopisywalny… De Murco przed bitwą zrozumiał, iż jedynie podstępem może odeprzeć atak. Jego genialny zmysł taktyczny podsunął mu ideę podzielenia armii na nieliczne, 100-150cio osobowe, bardzo mobilne grupki, które tak skutecznie nękały Hiszpanów. Zasadzka dragonii na głównej ulic y też zebrała krwawe żniwo. Pierwszy szturm jednak, choć okazał się niebywałym sukcesem, drogo Portugalczyków kosztował. Stracili prawie wszystkich muszkieterów, którzy mniej skutecznie unikali starć bezpośrednich, oraz większość fizylierów.
Książę de Till bardzo poważnie zastanowił się nad kolejnym atakiem. Postanowił przez noc” poprawić” nieco Portugalczykom, nakazując kontynuowanie zmasowanego ostrzału. Nad rankiem, około godziny dziesiątej, przystąpił do kolejnego szturmu, tym razem zmasowanego: rzucił na linie 25 tysięcy fizylierów oraz pozostałe 8 tysięcy grenadierów, biorąc ich pod osobiste dowództwo. Wiedział, iż musi się śpieszyć, aby zdążyć zająć miasto przed przybyciem odsieczy. Niestety, Portugalczycy znów zaskoczyli. Wojska hiszpańskie były przekonane, iż obrońcy spróbują kontynuować swoją niebywale skuteczną taktykę. Dlatego też, kompletnie nieprzygotowane były na zabójcze salwy z muszkietów i karabinów skałkowych, które padły na nich z murów. Mimo, iż ostrzał zebrał swoje żniwo, bitwa zmieniła się z powrotem w konwencjonalną, ku uciesze Księcia. Portugalczycy na murach stawali dzielny opór, jednak zarówno ich morale, jak i liczebność topniała z minuty na minutę, więc jęli się wycofywać w głąb miasta. Sytuacja stawała się dla nich krytyczna: coraz większe ilości oddziałów zostawały w tyle, dragonia, która zmuszona była zsiąść z koni, omal nie dostała się między hiszpańskich grenadierów i poniosła bardzo poważne straty. W końcu jednak Portugalczycy zdołali dotrzeć do zbudowanych w nocy prowizorycznych barykad tworzących kwadrat obejmujący centrum miasta. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie: starcie prowadzone było okrutnie krwawo, obydwie strony walczyły jak lwy, nieraz, straciwszy bagnety, wręcz. Barykady raz po raz przechodziły z rąk do rąk. W jednej z potyczek lekko ranny został sam głównodowodzący portugalski, gdy fizylier hiszpański wbił mu bagnet w udo. Książę był raczej zadowolony – mimo wyjątkowo silnego oporu obrońców, zdobycie centrum było tylko kwestią czasu.
Tak też się stało - miasto zdobyte, Portugalczycy wzięci w niewolę. Z całej armii, jeno 900 żołnierzy pojmano w rannego dowódcę, który nie chciał łatwo oddać swojej skóry. Jednak Portugalska odsiecz nadciąga...